Freelance

Odeszłam z pracy na etat. Co teraz robię?

Klimatyzowane biuro niedaleko miejsca zamieszkania, praca w godzinach 8-16, od poniedziałku do piątku, wypłata na czas, ubezpieczenie zdrowotne. Brzmi nieźle, co? Nie dla mnie.

Odejście z pracy na etat, to duże ryzyko. Trudno zrezygnować z bezpiecznej formy życia, gdy zawsze ma się pieniądze na rachunki, jedzenie i jeszcze na przyjemności. Gdy zachorujesz możesz wziąć L4 i wyleżeć chorobę w wygodnym łóżku nie martwiąc się, że w tym czasie uciekają ci pieniądze. Bezpiecznie, wygodnie, ale czy lepiej? Próbowałam pracować w kilku miejscach i mimo że swoje obowiązki starałam się wykonywać jak najlepiej, nie czułam się w nich dobrze. Na początku chciałam wmówić sobie, że dorosłość i odpowiedzialność związane z przepracowaniem 160 godzin miesięcznie w korporacji są dla mnie, ale… po pracy siadałam do swoich prywatnych projektów, które sprawiały mi o niebo większą radość. Zaczęłam od tak zwanego moonlightingu (wykonywanie zleceń po godzinach pracy na etat). I polecam tę formę wszystkim, którzy poważnie myślą o byciu freelencerem, ale nie mają jeszcze wystarczającej ilości zleceń, by móc jednocześnie zapłacić rachunki i mieć co jeść. Moonlighting jest dobry też dla osób, które tylko dorywczo chcą robić zlecenia, a na pierwszym miejscu stawiają swoją pracę na etacie. Dla osób takich jak ja nie jest dobry na dłuższą metę. Potrafiłam po ośmiu godzinach pracy siedzieć kolejne cztery albo i więcej nad rysunkami. Wolne dwa dni w tygodniu też w dużej mierze poświęcałam na projekty. Często przekraczałam terminy, robiąc tym sobie złą reklamę, ale zwyczajnie nie miałam tyle czasu, ile potrzebowałam. W końcu doszłam do wniosku, że to nie ma sensu. Co z tego, że jest bezpiecznie, jak coraz częściej wkurza mnie praca w czymś, czego nawet nie lubię, a swoim ilustracjom poświęcam zbyt mało uwagi. Podjęłam decyzję. Odchodzę, zostaję w firmie tylko do dnia, w którym kończy mi się umowa, a później niech się dzieje, co ma się dziać.

I co teraz robię? Pracuję więcej niż kiedykolwiek. Nie takiej odpowiedzi się spodziewaliście? Słowo freelancer często kojarzy się z osobą leżącą na hamaku w jakimś ciepłym kraju, która raz na jakiś czas machnie projekcik i może dalej się opalać. No może jak już ma wyrobioną renomę, za jeden projekt bierze milion dolarów, to okej, może leżeć i pachnieć przez prawie całe swoje życie. Ale ludzie, którzy tak jak ja, dopiero zaczynają zarabiać na projektach i nie mają wielu klientów, nie mogą sobie na to pozwolić. Co prawda dążę do tego, by pracować z każdej części świata, bo przecież to w pracy zdalnej jest najfajniejsze, ale jeszcze nie mogę pozwolić sobie na picie szapana na śniadanie. Dopiero się rozkręcam!

Jak wygląda mój dzień? Staram się pracować nad samodyscypliną. Wstaję codziennie najpóźniej o 8 (jestem z tych, co wolą pracować rano, nie umiem zarywać nocek), ubieram się i ogarniam, jakbym szła do normalnej pracy. Z sypialni do biura mam zaledwie kilka metrów i mogłabym udać się tam w piżamie, ale w ten sposób czuję, że to co robię jest poważne. Najpóźniej o 9 zaczynam swoje działania, w moim domowym biurze, które wygląda tak:

Choć jestem bałaganiarą i dobrze dogaduję się z chaosem, muszę mieć porządek na biurku, w innym wypadku nie mogę się skupić. Musze mieć też kalendarz i notes, w którym zapiszę listę rzeczy do zrobienia. I od tego zaczynam każdy dzień. Sprawdzam zaległości w tygodniowej liście i zapisuję nowe cele, które chcę osiągnąć. Jestem swoim szefem, więc chociaż nie muszę sama sobie tłumaczyć, dlaczego nie zrealizowałam wszystkich punktów z listy, staram się nie zostawiać ich zbyt wiele. Ważne jest wyznaczanie sobie realnych założeń. Próbuję nie zawalić się robotą, a spontaniczne pomysły wykonywać dopiero po zakończeniu priorytetowych zadań (w praktyce często sama sobie znajduję usprawiedliwienie na działanie wbrew temu założeniu – przecież pomysł niezwiązany z ostatnimi zleceniami, może być miłą odskocznią od obowiązków, krótką przerwą, relaksem, etc.). Pracuję minimum 6 godzin dziennie. Jestem ilustratorem, prowadzę bloga i swoje social media. Nigdy nie sądziłam, że będzie mi to zajmować tyle czasu. Do tego dochodzą maile, kontakty z klientami, szukanie zleceń, wymyślanie nowych projektów, proces twórzczy. Doba to za mało, zdecydowanie!

Marzy mi się biurko w coworkingu, by nie zasiedzieć się w domu i pobyć trochę z ludźmi. Póki co jednak staram się nie wydawać zbędnych funduszy. Mogę przecież wyjść do kawiarni, w Trójmieście jest ich tak wiele. Uwielbiam pracę przy stoliku w gwarnym miejscu przy kubku dobrego napoju, wśród tłumu ludzi. Jestem wtedy wydajna, bo nie chcę zmarnować ani chwili spędzonej poza domem. W końcu ile czasu można przesiadywać w kawiarni zamawiając jedną, lub dwie kawy i ciastko? Do tej pory nie spotkałam się z krzywymi spojrzeniami obsługi, ale może dlatego że nigdy nie przesadzam z czasem w jednym miejscu. Swoją drogą, znacie jakieś szczególne kawiarnie w Gdańsku, które mogłabym potraktować jak swoje biuro?

Nie zdecydowałam się na biurko w coworkingu, ale znalazłam inne rozwiązanie. By nie odcinać się całkowicie od świata zewnętrznego, dwa razy w tygodniu jestem stażystką. Całe życie marzyłam by mieć cokolwiek wspólnego z instytucjami kultury. Nie wiedziałam, jak się za to zabrać, brakowało mi odwagi, by iśc do jednej z nich i prosić o pracę. Nie wpadłam na pomysł, że wolontariat jest dobrym sposobem, by trafić do takiego miejsca. Dziś jestem i odważniejsza i mądrzejsza i bez wahania zgodziłam się na staż w Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia w Gdańsku. Czas, który na to poświęcam, nie koliduje z moimi innymi zobowiązaniami. Mam szansę na poznanie funkcjonowania tej instytucji i jestem bliżej sztuki. Możliwe, że w CSW zostanę na dłużej, ale kto wie? Póki co jestem bardzo zadowolona z tego, że mogę tam być choć przez chwilę.

W przeszłości byłam hostessą, promotorką, fotomodelką, sprzedawcą w sklepie, czuwałam nad ilością sprzedanych karnecików na siłowni, odbierałam telefoniki w celu zorganizowania wizyt lekarskich, a nawet dobiłam się obsługą klienta w firmie sprzedającej gaz i energię elektryczną. Moje doświadczenie zawodowe, co dziwne, odbiegało od moich kwalifikacji. Skończyłam liceum plastyczne, z zawodu jestem grafikiem (warsztatowym), później studiowałam filologię polską. Pracowałam głównie w sprzedaży i obsłudze klienta. Dlaczego? Bo przez wiele lat wątpiłam w swoje umiejętności. Wydawało mi się, że jestem za słaba, by móc zarabiać na pasji i tym co umiem. Dziś już wiem, że nie można dać sobie wmówić, że nie nadajesz się do tego, co kochasz, a porównywanie się z innymi nie prowadzi do niczego dobrego. Gdybym mogła cofnąć czas o kilka lat, pewnie nie traciłabym energi na wiele prac i miejsc, w których się znalazłam, a od razu zaczęłabym publikować jak najwięcej swoich ilustracji w mediach społecznościowych. Na ten moment wychodzę jednak z założenia, że każde doświadczenie, nawet te nie do końca pomyślne, wnosi coś do naszego życia i kształtuje nasz charakter. Może gdybym wcześniej próbowała tylko rysunku i coś poszłoby nie tak, szybko bym się zraziła? Wszystko jest możliwe.

Na koniec tylko wspomnę o podręczniku, który bardzo mi pomógł. Jeśli też stoisz przed decyzją o zmianie swojej ścieżki kariery, a nie wiesz, czy jesteś gotowy, proponuję ci przeczytanie książki, którą poleciłam wszytskim osobom, które zadawały mi pytania, o porzucenie etatu. Jest ona skierowana do freelencerów w każdej dziedzinie. Napisała ją Ewa Brzozowska, autorka bloga https://freelancemama.pl. O książce dowiedziałam się z wpisu na innym blogu i obawiałam się, że pochlebna opinia jest efektem międzyblogerskiej sympati, lub współpracy. Zdecydowałam się jednak po nią sięgnąć, bo nie uznaję czytania książek, nawet średnich, za stracony czas. Niesamowicie się cieszę, że Kierunek: freelence. Sukces na własnych zasadach trafiła w moje ręce. Znalazłam w niej wszystko, czego potrzebowałam przed podjęciem decyzji o zostaniu freelencerem. Jest to najpraktyczniejsza książka, jaką kiedykolwiek przeczytałam. Nie ma w niej zbędnej coachingowej, moralizującej gadki. Są same konkrety. Polecam z całego serca!

4 komentarze

  1. Kochana, jakby to o mnie było!
    Skończyłam socjologię, później poszłam na architekturę krajobrazu, którą skonczyłam. Pracuję zawodowo w sprzedaży od 13 lat. Od trzech w korporacji, która mnie zabija. Muszę podróżować jeździć, bywać i rozwijać sił. Po pracy nie mam siły już na twórczość. Nie mam.
    Zarobione pieniądze przeznaczyłam na sprzęt, mam oszczędności pozwalające mi na rzucenie pracy.
    Boje się jednak wyjść ze strefy komfortu.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Może być ciężko, ale warto! Ja sobie pomyślałam: co jeśli za dziesięć lat będę nadal w korporacji, wypłata będzie okej, ale będę sfrustrowana swoją pracą? Próbowałam sobie wyobrazić siebie w tej roli i… nie, nie i nie, nie potrafiłam.
      Nigdy nie jest za późno! Jeśli się nie uda, zawsze można do korporacji z podkulonym ogonem wrócić, ale niekoniecznie. Nie dowiesz się, póki nie spróbujesz. A moim zdaniem motywacja, ciężka praca i odwaga to podstawa sukcesu! trzymam za Ciebie kciuki <3!

      Polubienie

Odpowiedz na pkropka Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: