art

Byłam na wernisażu Mariny Abramović!

Radość, wzruszenie, ciekawość, zachwyt – ile emocji może towarzyszyć jednej wystawie? Mariny Abramović, mam nadzieję, nie muszę nikomu przedstawiać. W piątek byłam na wernisażu jej retrospektywnej wystawy Do czysta/The Cleaner odbywającej się w Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu. Jak było?

Wernisaż zaczynał się o 18:00, ale ja, jak zwykle, na miejsce przyszłam dużo wcześniej. Wiedziałam, że sprzedało się 750 biletów, obawiałam się kolejek. W mediach było głośno o całym wydarzeniu, również w kontekście chrześcijańskim, bo przecież „Marina jest satanistką”. Gdy z daleka zobaczyłam radiowozy stojące pod CSW, wiedziałam, że chrześcijanie (a właściwie fanatycy) rzeczywiście próbują bojkotować wernisaż. O takich sytuacjach czytałam w mediach, nigdy jednak nie spotkałam się z tym na żywo. Gdy przekraczałam próg Centrum, usłyszałam od zebranych pod wejściem ludzi, że popełniam śmiertelny grzech wchodząc na wystawę i przez to trafię do piekła. Pozwólcie, że zostawię to bez komentarza.

Jak się okazało, niepotrzebnie obawiałam się kolejek. Gdy weszłam do CSW, dopiero pojedyncze osoby zaczęły ustawiać się przed sceną, na którą za mniej więcej pół godziny miała wejść Marina. Nie spóźniła się ani minuty. Pojawiła się w towarzystwie swoich współpracowników i obecnego partnera. To wspaniałe uczucie widzieć kogoś z takim dorobkiem artystycznym, zwłaszcza gdy pierwszy raz wystawia się w Polsce. Jedno mnie zdziwiło, a nawet odrobinę rozczarowało. Prawie cała jej wypowiedź była cytatem z autobiografii Pokonać Mur, jakby przygotowana i wyuczona na pamięć i używana wiele razy wcześniej na innych jej wernisażach. Jedynie porównanie sytuacji politycznej Polski do Serbii było dla mnie czymś nowym. Nic dziwnego, Marina jest osobą z długim stażem pracy i ogromnym dorobkiem artystycznym, więc stała się w końcu bardzo medialna. Ostatecznie, i tak odebrałam ją jako osobę zabawną, otoczoną jakąś magiczną aurą. Na koniec powiedziała: możecie płakać, moje prace są bardzo emocjonalne.

Sama Marina nie wykonała żadnego performance, po trwającym maksymalnie pół godziny otwarciu wystawy, zeszła ze sceny i więcej nie miałam okazji jej widzieć. Byłam świadoma, że tak to będzie wyglądać, więc nie do końca byłam tym zawiedziona. Wystawa ma charakter retrospektywny, możemy na niej oglądać prace artystki powstałe na początku jej kariery (w tym malarskie, od których zaczynała), podczas współpracy z Ulayem (jej ówczesnym partnerem), i w późniejszych latach pracy artystycznej. Do odtwarzania jej działań zatrudniono performerów – podobno za głodowe stawki, co jest bardzo przykrym aspektem, biorąc pod uwagę nazwisko artystki – sam prestiż wystąpienia w wystawie nie jest, moim zdaniem, wystarczającym wynagrodzeniem. Odtwórcy wcześniej przygotowywali się do wystawy na warsztatach uczących metody Abramović. O przygotowaniach w kilku zdaniach opowiedziała Lynsey Peisinger, współpracownica Mariny, która czynnie uczestniczyła w organizowaniu wystawy. Po jej wypowiedzi wszyscy mogliśmy się przekonać, czy będziemy płakać.

Za nim jednak dostałam się na wystawę… wypiłam lampkę wina w barze na dole. 750 biletów równa się dużej ilości osób, tłumom i kolejkom do wejścia na piętra, gdzie można oglądać dzieła artystki. Kto tak jak ja woli poczekać z boku, zamiast pchać się na sam początek? Najpierw obejrzałam Liczenie ryżu na parterze (nie brałam w tym udziału, było zbyt wielu chętnych). Później przy winie, przeglądając wcześniej kupiony w sklepiku z pamiątkami Manifest życia artysty, czekałam, aż będzie mniej tłumu toczącego się do wejścia na pierwsze piętro. A gdy już się rozluźniło spokojnie poszłam schodami na górę, by sprawdzić jak zaprezentowano prace Abramović.

Pierwsza myśl? Wow, CSW w Toruniu dysponuje ogromną przestrzenią, ma świetne warunki na takiego typu wystawy. Nigdy wcześniej tu nie byłam, a szkoda. Przy samym wejściu na wystawę obok wielkiej fotografii Mariny stała pralka. Gdy podeszłam do opisu, pomyślałam, że dobrze zrobiłam czytając wcześniej jej autobiografię. Wiedziałam skąd się wzięła ta pralka, co się z nią stało, dlaczego tu stoi. Zaoszczędziłam wiele czasu na czytaniu opisów. Widząc poszczególne prace, wiedziałam co oznaczają i kiedy Marina je tworzyła. Zwiedzanie było dla mnie przyjemniejsze, niż gdybym musiała to wszystko czytać na miejscu razem z tłumem, który też chciał się z tym wszystkim zapoznać.

Co szczególnie podobało mi się na wystawie?

  • Możliwość zobaczenia obrazów malarskich artystki, które nie ukrywajmy do najlepszych nie należą – to chyba jedyne prace Mariny, których wcześniej nie widziałam;
  • Wystawione przedmioty, których Marina używała w swoich pracach – między innymi stół z leżącymi na nim rzeczami, które publiczność mogła użyć w performance Rytm O oraz stolik i krzesła z Artystki obecnej;
  • To że na wystawie znalazła się nawet furgonetka, którą podróżowali przez cały świat i żyli w niej Marina z Ulayem przez kilka lat;
  • Odtwarzane performace – mi udało się widzieć dwa: Imponderabilia i Cebulę; pomijając fakt, że zobaczyłam tylko dwa, niektórym nie udało się trafić na żaden.
Dom z widokiem na ocean
  • Platforma z Domu z widokiem na ocean, w której Marina żyła przez 12 dni w galerii Seana Kelly’ego w Nowym Jorku – to zdecydowanie mój ulubiony performance artystki;
  • i ogólnie: wykorzystanie przestrzeni, wyświetlane na ścianach nagrania pozostałych prac Mariny, możliwość dotknięcia wielu rzeczy i wzięcia udziału np. Liczeniu ryżu, czy cytaty również na niektórych ścianach.
Imponderabilia

Na przejście całej ekspozycji potrzeba czasu. Nie jest to wystawa, na którą się wejdzie i po 15 minutach odejdzie. Ja nie patrzyłam co chwila na zegarek i nie mam pojęcia ile minut, godzin spędziłam na oglądaniu ekspozycji, ale w wynajętym hotelu znajdującym się jakieś 400 metrów od CSW byłam po 21. Spędziłam tam dłuższą chwilę, a nie czytałam wszystkich informacji, nie oglądałam wszystkich filmów – znałam je wcześniej. Jeżeli macie okazje, powinniście pojechać. To chyba jedyna szansa by poznać prawie cały dorobek artystki. Bilety kosztują 25 złotych, a wystawa będzie czynna do 11.08.2019 roku.

3 komentarze

  1. Czekałam na relację! Krótko mówiąc, nie ma co się spodziewać cudów, a zarazem można poznac przekrojowo twórczość Mariny. Zazdroszczę, że ją widziałaś, choć szkoda, że jej udział ograniczył się jedynie do bycia dodatkiem do tego, co robiła wcześniej. Cóż, przy takim swoim statusie może już ograniczać się do odcinania kuponów. W każdym razie i tak mam nadzieję, że szybko dotrę na wystawę!

    Polubienie

    1. Ona sama mówiła, że performance nie należy do jednej osoby i może go wykonywać każdy, nie tylko autor. I ok ma racje, wiem, że sama też odtwarzała performance innych artystów, ale w kontekście tej wystawy to brzmiało, jakby się tłumaczyła z tego, czemu sama nie występuje.
      Jedź koniecznie! Warto. Chętnie dowiem się, jakie są Twoje odczucia!

      Polubienie

      1. Hmmm… No to takie trochę „zaprosiliśmy Lady Gagę, ona powie parę słów, a potem będzie można oglądać jej teledyski i posłuchać artystów śpiewających covery”. Fajna sprawa, ale niedosyt zostaje.

        Polubienie

Odpowiedz na Marta Porwich Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: