Miałam wystawę na Tajwanie!

Umówmy się – już to wiecie. Zaspamowałam każdy kanał social media tą informacją. Owszem, trzymałam to kilka miesięcy w tajemnicy, ale jak już prawda ujrzała światło dzienne, nie mogłam się powstrzymać od publikowania tysiąca newsów i zdjęć. Taka już jestem, uwielbiam dzielić się ze światem wydarzeniami z mojego życia. Zwłaszcza takimi, którymi można bez poczucia winy się chwalić. Wystawa na innym kontynencie to nie mała sprawa, prawda? Jest czym się ekscytować. Ale po kolei.

„Autoportret z Polski” Monika Sikorska, digital painting ,2018

Wszystko zaczyna się od dzbanka herbaty

Jestem miła. Jeśli ktoś mówi inaczej, albo kłamie, albo z jakiegoś powodu mnie nie znosi. Albo pamięta mnie z okresu nastoletniego buntu (hej, ludzie się zmieniają!). Od bycia miłą do wystawy na Tajwanie – taki tytuł mogłabym nadać temu wpisowi. Któregoś jesiennego popołudnia poznałam dwie dziewczyny z Hong Kongu podróżujące po Europie. Było zimno, a centralne ogrzewanie mieszkań nadal nie było włączone. Po spacerze po gdańskich uliczkach najlepszym sposobem na ogrzanie się było owinięcie się kocem i wypicie gorącej herbaty. I to zaproponowałam Bernice i Suki, które tego dnia poznałam. Usiadłyśmy w mojej kuchni i przegadałyśmy cały wieczór. Dziewczyny pytały mnie, czy byłam kiedyś w Azji i czy gdybym mogła, chciałabym kiedyś tam pojechać. Oczywiście, że nie byłam, i oczywiście, że bym chciała. Przecież poznawanie innych kultur to najbardziej inspirująca rzecz na świecie! Spytały mnie też, skąd mam w domu tyle książek o sztuce, bo widzą pełen różnych albumów regał. I tu zaczął się temat tego, czym się zajmuję. Uwierzcie mi, te kilka miesięcy temu nie było dla mnie naturalne odpowiadać: jestem ilustratorem, zajmuję się rysowaniem, grafiką i kocham sztukę. Odpowiadałam: pracuję w firmie ubezpieczeniowej i nienawidzę swojej pracy. Ale skoro spytały się o książki o sztuce, postanowiłam się otworzyć i przyznałam się, że próbuję tworzyć. Pokazałam im swoje prace. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że Bernice pomaga kuratorom w Azji organizować wystawy i że zaproponuje mi udział w jednej z nich, po tym jak pokaże im moje prace.

Kilka dni później Bernice zapytała mnie, czy może zechcę wziąć udział w wystawie na Tajwanie. Byłam pewna, że to tylko grzecznościowe pytanie, a jeśli nie, to wystawa jest organizowana w tajwańskim odpowiedniku Grajewskiego Domu Kultury. Nic poważnego. Mimo wszystko intuicja podpowiadała mi, że powinnam się zgodzić. Bo czemu właściwie miałabym odmówić?

Porwą cię lub wytną nerkę

Pod koniec zeszłego roku dostałam maila od organizatorów, informującego mnie, że przyjęli moje zgłoszenie, zakończonego słowami: do zobaczenia niebawem na Tajwanie. Pierwsza myśl: WOW. Druga myśl: WOW. Trzecia myśl: O ku*wa, muszę kupić bilet, znaleźć opiekę dla zwierząt, zapytać w pracy (wtedy jeszcze byłam na etacie), czy dostanę urlop, kupić tysiąc niezbędnych do wyjazdu rzeczy, jak to ogarnąć? Jechać, nie jechać? Jak to nie jechać? Zwariowałaś! Przecież nie każdego dnia ktoś zaprasza cię na inny kontynent z okazji twojego talentu. Jadę! Dzwonię do Mamy, Siostry, informuję je o mailu i słyszę dumę w ich głosie i radość, że jadę. Kolejny telefon do taty, a ten mówi: o wystawa, z jakąś firmą Tajwan, super, wspaniale, cieszę się, ale ha ha, ja zrozumiałem, że na innym kontynencie, ha ha. Co? Serio na innym kontynencie? Ale jak to? Nie, nie jestem pewien, czy powinnaś jechać. Przecież to może być kłamstwo. Może wyjedziesz i nigdy nie wrócisz? Porwą cię, sprzedadzą, wytną nerkę, moja ty najmłodsza córeczko. Chwilę później klikam w przycisk „kup” na stronie linii lotniczych emirates. Podjęłam decyzję. Raz się żyje.

22 godziny w drodze

Wyjazdem żyłam od dnia, w którym kupiłam bilet i wiedziałam już, że na sto procent będę w Azji. Zrobiłam listę rzeczy do przygotowania i skrupulatnie odhaczałam wykonane pozycje. Gdy nadszedł dzień, w którym z Gdańska miałam przetransportować się do stolicy Polski i tam wsiąść do samolotu, obudziłam się… chora. Miałam przed sobą wesołą perspektywę trwającego dwadzieścia dwie godziny lotu z gorączką, niekończącym się katarem i powiększonymi węzłami chłonnymi. Cóż miałam zrobić? Kupiłam pakiet leków w pobliskiej aptece i wsiadłam do boeinga 777-300ER by po locie pięć godzin czekać w Dubaju na następny rejs.

Uwierzcie mi, gdy samolot dotknął ziemi już na miejscu w Tajpej, jedyne o czym marzyłam to położenie się w hotelowym łóżku. Musiałam odstać swoje w kolejce do kontroli paszportowej, poszukać swojego bagażu, który ktoś odłożył w dziwne miejsce na lotnisku (nie pytajcie czemu, nie wiem), nie odnaleźć Ubera i w końcu wsiąść do zwykłej taksówki, w której kierowca nie bardzo wiedział, jak dojechać do mojego hotelu. Po prysznicu padłam na łóżko jak mucha. Była godzina 20 i dzięki temu jakoś oszukałam jet lag. Rano wyspana w końcu mogłam zwiedzać Tajpej. Ale nie o tym tutaj. Wiecie, leciałam tam prawie dobę, więc zdecydowałam się na dłuższy pobyt, nie tylko na czas wystawy, a o moich turystycznych doświadczeniach napiszę oddzielną notkę.

Przemieśćmy się do Hrabstwa Yunlin

Po kilku dniach spędzonych w Tajpej pojechałam na lotnisko, z którego organizatorzy mieli zabrać mnie do Hrabstwa Yunlin. Wiecie jakie to zabawne uczucie, gdy ktoś czeka na was z tabliczką z waszym imieniem? Ja już tak. Stamtąd razem z innymi artystami pojechaliśmy do okolicy, w której następnego dnia mieliśmy mieć otwarcie wystawy. Zjedliśmy kolację i zameldowaliśmy się w motelu. Na cztery osoby przypadał jeden pokój i dwa łóżka (twarde jak kamień – ale nie mogę narzekać, dostałam dodatkowe kołdry, by było mi miękko – tak, tylko mi nie pasował materac z betonu). W moim pokoju zameldowano też Bernice i jej przyjaciółkę Yuenyan z Honk Kongu, oraz dziewczynę z Malezji Annie. Lepiej trafić nie mogłam! Niektórzy uczestnicy już się znali, mieli wcześniej razem wystawy. Ja pomimo, że dopiero na miejscu poznałam wszystkie osoby, z większością od razu znalazłam wspólny język – i nie potrzebowałam do tego znajomości mandaryńskiego. Co ciekawe, organizatorzy zaprosili 46 artystów z Tajwanu, Chin, Hong Kongu, Korei, Malezji, Tajlandii, Singapuru, USA, Francji i Szwecji. Jednak, jak się okazało na miejscu, tylko ja z całego tego grona nie byłam Azjatką. I tylko ja nie umiałam używać pałeczek do jedzenia – organizatorzy zadbali i o to. Widząc moje nieudolne próby zawładnięcia pałeczkami, następnego dnia załatwili mi plastikowe sztućce.

Jesteś świetna Monika!

W dniu otwarcia wystawy obudziło mnie pukanie do drzwi motelowego pokoju. Nawet nie pamiętałam kiedy zasnęłam, miałam tak mocny sen. Nie zdążyłam się nawet porządnie zestresować otwarciem wystawy, które miało się niebawem zacząć. Dostarczono nam śniadanie i poinformowano, że o 9:00 ruszamy do Departamentu Spraw Kulturalnych w mieście Doliu w Hrabstiwe Yunlin. To tam o 11:00 odbywał się wernisaż wystawy The joy of Yunlin International Asia Art Exchange Exhibition. Wernisaż. Moja wystawa. Pierwsza od wielu lat. Dopiero na miejscu, gdy wszystko się zaczęło, gdy odebrałam katalog i plakietkę z własnym imieniem i pozowałam do co najmniej setki zdjęć z ludźmi, którzy z niezrozumiałych dla mnie powodów chcieli sobie ze mną zrobić zdjęcie przy mojej pracy, zrozumiałam, że to naprawdę się dzieje. Mam wystawę. Na Tajwanie. Na innym kontynencie. WOW.

Gdy wernisaż się rozpoczął i z chińskiego tłumaczono na angielski wszystkie wypowiedzi prowadzących i gości, i gdy poproszono mnie na środek, bym mogła odebrać oprawiony w ramę certyfikat udziału w wystawie, dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jak cudowna rzecz dzieje się w moim życiu. Moje niskie poczucie wartości, nad którym od jakiegoś czasu intensywnie pracuję, zaczęło dawać o sobie znać. Gdy dowiedziałam się, że jestem zaproszona, a nawet wtedy, gdy już miałam katalog wystawy w ręku, nie umiałam sama sobie powiedzieć, ej Monika, słuchaj, jesteś świetna, właśnie osiągnęłaś niemały sukces. Wręcz przeciwnie, taki cichy głosik w z tyłu głowy nie mógł się zamknąć i podpowiadał mi nieustannie, że przecież każdy mógł tam pojechać za mnie, każdy mógł wystawić tam swoją pracę, że nawet wśród moich znajomych jest milion lepszych twórców, że moja praca na tle innych artystów wypada słabo… i tak w nieskończoność. Przypominałam sobie każde krytycznie wypowiedziane słowo w moją stronę. Kolegi, który ze swoją dziewczyną, moją dawną kumpelą, śmiali się ze mnie, że nic oprócz pneumo (tych słodkich ludzików, które tworzę od 11 lat), nie potrafię narysować. Słów mojej koleżanki, która swojemu facetowi mówiła o mnie: Monika Wiśniowa? Co ona robi? Chyba nic istotnego, jest ofiarą życiową. „Przyjaciółki”, która w dniu mojego lotu na Tajwan skomentowała, że wszystko robię na pokaz.

Dopiero na miejscu, gdy wszystko było w toku, gdy wyczytywano moje imię (osoba prowadząca wcześniej konsultowała ze mną, jak przeczytać nazwisko, ale za moją zgodą zdecydowała się zrezygnować z łamania sobie języka) uświadomiłam sobie, że… owszem, te tysiąc osób mogłoby zrobić to lepiej, być na moim miejscu, ale… to ja tu jestem, to moja praca reprezentuje mój kraj i to mnie organizator tu zaprosił.

A jak Azja, A jak Artysta, A jak Atrakcje dla Artystów w Azji

Zaproszono mnie na pięć dni. Przed przyjazdem dostałam maila z planem całego wydarzenia. Zadbano o to byśmy na miejscu się nie nudzili, byli zawsze najedzeni, mieli okazję poznać okolice Yunlin i nie wydali przy okazji ani grosza (w tym wypadku tajwańskiego dolara)! Jedyny koszt jaki musieliśmy ponieść to bilet lotniczy na Tajwan (dla mnie całkiem długa trasa i całkiem drogi interes) i bilet powrotny na pociąg do Tajpej. Organizatorzy opłacili cztery moje noclegi w hrabstwie, codziennie śniadanie, dwa ciepłe posiłki, wejścia do muzeów i innych atrakcji, materiały do wykorzystania w trakcie pleneru, a nawet dostaliśmy dietę do wydania na night market.

Ja z moimi nowymi przyjaciółmi z Malezji i walka z pałeczkami

W planie mieliśmy zapisany też udział w panelu dyskusyjnym. Każdy z artystów musiał opowiedzieć o swojej pracy. O dziwo, wcale mnie to nie stresowało. Doskonale wiedziałam, co chcę powiedzieć, bo wiedziałam, o czym jest moja praca. Nie zmartwiłam się nawet, że muszę mówić po angielsku. Publiczne wystąpienia to jedna z rzeczy, które nie są mi straszne. Sama siebie tym zaskoczyłam.

Gdy emocje opadły, nadszedł czas na zwiedzanie. Wiecie, że trafiłam na możliwie najlepszy rodzaj wyjazdu do Azji? Byłam tam z lokalnymi ludźmi, z Azjatami z innych państw, czyli w świetnym gronie ludzi! To były przemiłe osoby (jak ja bym chciała, by Polacy byli równie życzliwi), które gdy zobaczyły maszynę do karaoke w restauracji, bez wahania zaczęły śpiewać lokalne hity i rozkręciły niemałą imprezkę. Poza tym mogłam zobaczyć ciekawe miejsca. Byliśmy między innymi w kolorowym miejscu poświęconym krowom (moje top 3 zwiedzonych miejsc, jestem nadal dzieckiem w środku), którego nie umiem opisać, ale mogę pokazać wam je na zdjęciach (idę na łatwiznę, co?).

Zabrano nas też do Southern Branch of the National Palace Museum w Taibao, czyli muzeum poświęconego historii i kulturze Azji. Jednak najbardziej spodobał mi się wyjazd do Beigang, gdzie znajduje się najpopularniejsza świątynia na Tajwanie. Za każdym razem, gdy podczas mojej wizyty na wyspie widziałam dach którejś z licznych świątyń mówiłam WOW. W świątyni w Beigang zupełnie oniemiałam z wrażenia. Dla mnie, osoby która podróżowała wcześniej tylko po Europie i USA, zetknięcie z architekturą sakralną Tajwanu było czymś fascynującym. Muszę częściej wyjeżdżać, poznawać, zwiedzać. Świat jest taki piękny!

W Beigang widziałam też „procesję” (zupełnie nie wiem, jak powinnam to nazwać). Środkiem ulicy przechodzili ludzie w tradycyjnych przebraniach, ze smokami, bębnami. Rozbrzmiewała muzyka, śpiew, wszyscy tańczyli. Było to dla mnie tak ekscytującym przeżyciem, że nawet nie wyjęłam telefonu z kieszeni, by to nagrać, czy zrobić zdjęcie. Dla takich chwil najlepiej podróżować.

Do zobaczenia za rok!

Kurator, któremu wcześniej wysłałam swoją pracę, mimo że nie mówił po angielsku, przekazał mojej koleżance informację, że jest mile zaskoczony moim przyjazdem. Wiedział, jak daleko mieszkam i ile trwała moja podróż. Moja obecność w Yunlin była dla wszystkich pozytywnie szokująca.

Dla mnie zadziwiające było to, że co chwile ktoś prosił mnie o zrobienie sobie ze mną zdjęcia, niektóre kobiety chciały się do mnie przytulić, a praktycznie każda obca osoba, z którą wchodziłam w jakąkolwiek interakcję (np. kupując kawę w sklepie), mówiła mi, że jestem piękna. Ochroniarz w muzeum spytał, czy jestem tam z chłopakiem, a gdy uzyskał przeczącą odpowiedź, ośmielony również skomplementował mój wygląd. Serio, nie widziałam tam innych ludzi z Europy, Tajwan nie jest chyba najpopularniejszą turystyczną destynacją, a już na pewno nie mniejsze miejscowości, które ja zwiedzałam z moją grupą. Było to bardzo przemiłe przeżycie, zwłaszcza że każdy był dla mnie baaaardzo życzliwy.

I co najciekawsze? Dostałam zaproszenie na odbywającą się za rok kolejną edycję wystawy. Już wiem, że na pewno pojadę! Ilustracja, którą mam zamiar na nią przygotować, będzie nawiązaniem do pierwszej wystawy i moich przeżyć na Tajwanie. Ale na to jeszcze czas. Dopiero wracam do pracy, swojego rytmu. Emocje powoli opadają. Jestem najszczęśliwszym człowiekiem, który dzięki przypadkowi trafił we właściwe miejsce! Nie macie pojęcia, ile dał mi ten wyjazd. Wróciłam pełna siły, pewności siebie i z głową pełną pomysłów. Teraz tylko trzeba je zrealizować!

P.S. Tata teraz pęka z dumy, choć wiem, że ze stresu nie przespał kilku nocy w trakcie mojego wyjazdu.

Opublikował/a

Jak dorosnę, będę artystką (albo gwiazdą rocka). Póki co mam 27 lat, mieszkam w Gdańsku, pracuję w instytucji kultury, ilustruję, dużo czytam i chodzę po muzeach.

4 myśli w temacie “Miałam wystawę na Tajwanie!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s