art Londyn Podróże Wielka Brytania

Śniadanie w Christie’s – weekend w Londynie dla prawdziwych fanów sztuki

Kilka dni temu wsiadłam do samolotu o 6 rano, by jakieś cztery godziny później stać przed wejściem do National Gallery na Trafalgar Square. Wyjątkowo, tym razem nie byłam na wycieczce sama i wcale nie pojechałam tam w turystycznych, ani zawodowych celach. Po prostu chciałam spędzić czas z bliską mi osobą, która tak samo jak ja, kocha sztukę (ale ma o niej dużo większe pojęcie). W tym czasie zrobiłam kilka super rzeczy (np. kupiłam buty marzeń) i zobaczyłam kilka super miejsc (np. sklep z super butami marzeń). A tak zupełnie poważnie, to po tych trzech dniach w Londynie, potrafię wskazać fanom sztuki, kilka miejsc, w które powinni trafić. Ciekawi?

Dzień 1

Chciałam zacząć ten wpis od tego, że prosto z lotniska trafiłam do National Gallery, by po raz kolejny oglądać ulubione dzieła sztuki. Miało to zabrzmieć tak, jakbym była p r a w d z i w ą miłośniczką sztuki i chętnie setny raz pogapiła się na te same dzieła, na które gapiłam się już wiele razy. Zapomniałam jednak, że zanim z przystanku autobusowego, na którym parkuje transfer z lotniska, spacerkiem udałam się na Trafalgar Square, weszłam do Starbucksa po kawę. Moim angielskim (z zapewne śmiesznym polskim akcentem) poprosiłam o latte. Po przyrządzeniu napoju, przemiła ekspedientka podała mi kubek z zanotowanym moim imieniem: Monique. To dosyć istotna historia z mojego życia. W tym momencie zdałam sobie sprawę, że moje źle ścięte włosy wcale nie odbierają mi całego uroku (znacie jakiegoś dobrego fryzjera w Gdańsku, który wie, że do mojej okrągło kwadratowej twarzy nie powinno się skracać włosów za bardzo, zwłaszcza z przodu?). W końcu, ktoś najprawdopodobniej pomyślał, że jestem Francuzką, a czy to nie Francuzki są najbardziej urokliwe? (wyobraźcie sobie mnie, że gdy to mówię, dłonią zarzucam włosy – te nadal krótkie – do tyłu i podnoszę przy tym dumnie głowę). I z tym poczuciem, że jestem jednak fajna, podreptałam do muzeum. Paryżanki przecież powinny pokazywać się w muzeach (oj, zanim się przyczepicie: jestem dumną Polką, no ale… stylu Polek nie powinno porównywać się ze stylem Francuzek, nigdy).

Tak więc, idąc moim śladem, jeśli chcesz trafić do miejsc, które są MUST SEE prawdziwego adepta sztuki, zajrzyj do Narodowej Galerii w Londynie. Wiem, że nie odkrywam Ameryki, pisząc o niej w kontekście miejsc dla prawdziwych historyczno sztucznych entuzjastów i że jest ona głównym punktem turystycznym, o którym piszą wszystkie przewodniki. Zaznaczam jednak, że każdy miłośnik sztuki, serio musi tam iść, i napiszę to, co jest napisane na wielu podróżniczych blogach: WARTO. Warto, chociażby po to by przekonać się, że obraz Van Eycka Małżeństwo Arnolfinich ma dużo mniejszy format, niż prawdopodobnie się wam wydaje. Ja byłam w szoku, gdy zobaczyłam go pierwszy raz (podobno nie tylko ja, ktoś jeszcze? Proszę podnieść rękę do góry, jeśli też tak miałeś.). Nie tylko z tego obrazu słynie National Gallery. Jeśli tam traficie, zobaczycie dzieła między innymi van Gogha, Renoir’a, Velázqueza, Rubensa, Caravaggio i wielu, wielu innych.

Następny punkt wycieczki? Tate! W pierwszej kolejności Tate Britain na Millbank w Westminster. W tym oddziale byłam pierwszy raz! Wstyd się przyznać, ale przez długi czas wiedziałam o istnieniu tylko Tate Modern. Nie mam pojęcia, jak umknęło to mojej uwadze, ale na szczęście loty do Londynu są tanie i zawsze można nadrobić zaległości. Więc nadrobiłam. Aktualnie odbywa się tam wystawa Van Gogh and Britain (czynna jeszcze do 11 sierpnia), którą ja akurat sobie darowałam (ile razy można oglądać van Gogha? No można, wielokrotnie, ale ostatnio jestem nim przesycona). Zobaczyłam wystawę stałą, na którą wejście jest bezpłatne, a na niej między innymi widziałam Carnation, Lily, Lily, Rose Johna Singer Sargenta z 1885 roku, który zaczyna się ruszać w ekranie telefonu, jeśli tylko zeskanuje się Instagramem kod widniejący przy jego podpisie. Mam 27 lat, ale cieszyłam się z tego jak dzieciak.

Po szybkim obiedzie w pobliżu, poszłam… nie, nie do domu. Jeśli myślicie, że zmęczyłam się dwoma muzeami, to jesteście w błędzie. Następny punkt wycieczki? Tak się złożyło, że w okolicy Tate Britain znajduje się Chelsea College of Arts i akurat tego dnia można było obejrzeć tam kilka prac studentów. Spójrzcie, która spodobała mi się najbardziej (wybacz drogi studencie Chelsea Collage of Arts i autorze tego dzieła, nigdzie nie widziałam podpisu do twojej pracy, stąd nie mam pojęcia jak się nazywasz):

Wystarczająco na jeden dzień? Czemu by jeszcze nie skoczyć na Bankside, tym razem do Tate Modern. Tam jednak nie biegałam za dużo, bo większą część wystawy dobrze pamiętałam z poprzednich odwiedzin. Zrobiłam sobie zdjęcie z kolejną pop artową rzeźbą Roberta Indiany, która zaprojektowana była przez niego w 1964 roku jako wzór pocztówki (obiecuję, kiedyś zobaczę wszystkie reprodukcje rozmieszczone na całym świecie).

Chwilę popatrzyłam między innymi na Mondriana, wydałam pieniądze na książki w muzealnym sklepiku, by w końcu odpocząć po przejściu tylu kilometrów jednego dnia (to jednak dosyć męczące przedsięwzięcie). W Tate Modern na ostatnim piętrze możecie pochillować przy dobrej kawie lub herbacie z widokiem na Tamizę. Polecam, Monika Wiśniowa.

Choć marzyłam o łóżku i długim śnie, postanowiłam jeszcze się nie poddawać. Wieczorem poszłam na cydr do Number 90 bar & kitchen w Hackney Wick.

Fajna miejscówka, szkoda tylko, że nie miałam wystarczająco dużo sił, by zostać tam dłużej. Może następnym razem. Mają dobry cydr. Dyskotekowy cydr. I świetną atmosferę.

Dzień 2

Kolejny dzień rozpoczął się tak, jak powinien rozpoczynać się każdy mój dzień. Szampanem (i to wcale nie tanim winem musującym udającym szampana, a prawdziwym, dobrym s z a m p a n e m). I to w nie byle jakim miejscu, a w jednym z największych domów aukcyjnych na świecie – Christie’s. Poszłam na śniadanie do Christie’s, by wypić trzy lub cztery mimozy i zjeść przepyszną świeżą mozzarellę, świeże pomidory i okrutnie dobrą hiszpańską szynkę. Pyszne jedzenie, szampan i dzieła sztuki, tak trzeba żyć. Umierając z radości, oglądałam dzieła takich osób jak Gilbert & George, Banksy, George Condo, Rene Daniels i innych, dodatkowo w oddzielnej sali wystawiane były prace Antoniego Tapiesa. W szczególności zakochałam się w tkaninie Gerharda Richtera z 1932 r. Musa*, która z daleka wyglądała, jak malarstwo olejne.

Szkoda tylko, że w przeciwieństwie do innych gości śniadania w Christie’s, nie mogę sobie pozwolić na zakup dzieł, których ceny wywoławcze zaczynają się od 200 tysięcy funtów.

Na szczęście na wstęp do londyńskiego akwarium jeszcze mnie stać. I to było moim kolejnym weekendowym celem. Kupiłam dwa bilety w cenie jednego (30 funtów) – opłaca się znajdować kupony w płatkach śniadaniowych, ale to raczej tip dla ludzi, którzy mieszkają w Londynie i kupują płatki śniadaniowe. Może jeszcze nie wiecie, ale uwielbiam rekiny i kocham akwaria. Moje ulubione (akwarium, nie rekiny) to te we Wrocławiu, musiałam sprawdzić, czy londyńskie chociaż trochę je przyćmi**. Wszystkie wypite mimozy wyparowały z mojej głowy, gdy stałam w okropnie długiej kolejce do wejścia, a później byłam szturchana na każdym kroku wózkami londyńskich matek turystek. Naliczyłam ich ze sto (wózków, nie matek). Mimo pewnych niedogodności, popatrzyłam na rekinki i wyobraziłam sobie, że w przyszłości będzie mnie stać i na wzięcie udziału w aukcji w Chrstie’s i na swoje własne rekinowe akwarium (czy oby na pewno mimozy wyparowały?). A co jest na waszej bucket list?

Kolejny punkt wycieczki? Zakupy na Oxford Street, o których nie będę się chyba rozpisywać (mimo że znalazłam swoje ukochane buty marzeń). Później, po bieganiu między setkami turystów i mieszkańców Londynu, zapragnęłam odpocząć w Notting Hill. Może was to zdziwi, ale nie jechałam tam z myślą o zrobieniu #instagramable fotki, która uatrakcyjniłaby mój feed. Pozowanie pod domami Bogu ducha winnych ludzi, zostawiam influencerom. Pojechałam tam do Holland Park, który okazał się być idealnym miejscem do chillu po tak długim dniu. Kupiłam wszystkie słodycze świata (po tym wyznaniu nigdy już nie mogę publicznie narzekać na swoją wagę, co?) i siedziałam tam do momentu, aż zrobiło mi się za zimno w zwiewnej sukience. Nie miałam już sił na nic więcej, więc tym razem bez cydru poszłam grzecznie spać.

*Właśnie sprawdziłam, za jaką kwotę sprzedano tkaninę Richtera. Poszła za jedyne 1,031,250 funtów. Au.

**Akwarium we Wrocławiu nadal jest na 1 miejscu listy pt. Najlepsze Akwaria Świata.

Dzień 3

Zazwyczaj wstaję o 6, najpóźniej o 7, ale w Londynie tak dobrze mi się spało, że nie słyszałam budzika o 9. Lot powrotny miałam o 21, więc zostało mi trochę dnia na robienie fajnych rzeczy. Postanowiłam pojechać do Waltham Forest, gdzie w Lloyd Park mieści się William Morris Gallery, czyli dom artysty znanego z projektów pięknych tkanin (oczywiście nie tylko, Morris miał do zaoferowania światu dużo, dużo więcej).

Można tam poznać jego życiorys, historię powstania marki Morris & Co., jego polityczne działania i nacieszyć oczy wspomnianymi wcześniej tkaninami. Muzeum jest idealne dla rodzin, można znaleźć tam atrakcje dla dzieci (czyli dla mnie), a na koniec zwiedzania można usiąść sobie w przemiłej kawiarence lub na jej tarasie i odpocząć przy kawie i plotkach. I tak w zasadzie skończyła się moja wycieczka, bo po muzeum zjadłam obiad, spędziłam ostatnie godziny z osobą, dla której przyjechałam do Londynu i chwilę później siedziałam w pociągu prowadzącym do Gatwick.

Zanim poszłam do domu Morrisa, po drodze trafiłam na ciekawy sklep. Nazywa się No70HoeSt od adresu, w którym się znajduje.

Chciałam kupić w nim wszystko, więc muszę wam o nim wspomnieć. Jest to gift shop, dlatego postanowiłam sprawić sobie prezent w postaci cudownych, ozdobnych rączek do komody w sypialni, które wyglądają tak:

Zakup ten był konsekwencją szczegółowej kontroli bagażu i mojej osoby na lotnisku. Nie chciałam przewozić nic niebezpiecznego, tylko mieć wyjątkowy dodatek w domu, no ale… bezpieczeństwo ważniejsze od designu. Pan z ochrony lotniska ostatecznie machnął ręką i pozwolił wnieść mi mój skarb na pokład samolotu, a ja w ramach wdzięczności, nie wykorzystałam go do żadnych dziwnych celów.

A jeśli już mowa o lotniskach i samolotach, to żeby jeszcze bardziej umilić mój wyjazd, znajomy pilot załatwił mi wejście do kokpitu samolotu lecącego do Gdańska. Pierwszy raz widziałam, jak to wszystko wygląda i działa i tym bardziej szanuję każdego kapitana. Tysiące przycisków i światełek i jedna wielka maszyna. Z miejsca pilota pozdrawiam wszystkich pilotów WizzAira!

2 komentarze

  1. Aaa, jak się lekko czytało ❤️ Zazdroszczę wypadu, ale wierzę, że za kilka lat sam będę mógł sobie pozwolić na zwiedzanie muzeów do woli, a spotkanie ze sztuką urozmaicać dobrym alkoholem 🙂

    Polubione przez 1 osoba

Odpowiedz na Jarząb Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: