Ile razy powiedziałam „WOW” zwiedzając Tajwan?

Dla osoby, która wcześniej tylko raz była w Stanach i w kilku europejskich państwach, trafienie do Azji po raz pierwszy, było zderzeniem z zupełnie inną kulturą, czymś nowym. Nic dziwnego, że będąc na Tajwanie, co chwilę powtarzałam pod nosem wow. Zachwyciła mnie architektura sakralna, społeczeństwo, a nawet na swój sposób kuchnia. Minęło już ponad pół roku od mojej podróży, ale o niektórych momentach nigdy nie zapomnę. Jakie były najlepsze chwile mojego wyjazdu?

Hala Pamięci Czang Kaj-Szeka

Gdy wyszłam z metra i skierowałam się w stronę Narodowej Hali Pamięci, zaniemówiłam z wrażenia. Widziałam wcześniej zdjęcia z tego miejsca, więc spodziewałam się, że jest to coś pięknego i coś zupełnie innego od miejsc i budynków, które otaczają mnie na codzień. Nie sądziłam jednak, że zrobi to na mnie aż takie wrażenie. Musiałam się z kimś podzielić tym pięknem i od razu zadzwoniłam do siostry na Facetime, by pokazać jej to co widzę na oczy. Żałuję, że zdjęcia nie oddają w pełni uroku tego miejsca. Architektura Azji robi na mnie niesamowite wrażenie. Pierwszy raz od lat czułam się jak w innym świecie.

Pierwsza wystawa poza granicami mojego kraju

Pisałam o tym w tym wpisie, więc nie będę się powtarzać, jednak musiało się to pojawić w tym zestawieniu. W następną wiosnę znowu będę miała okazje pokazać swoje ilustracje światu, ale to pierwsza wystawa w Azji i moment, w którym dostałam do ręki certyfikat udziału w niej, były dla mnie magicznym przeżyciem.

Popłakałam się w buddyjskiej świątyni

Z natury jestem wrażliwcem, często się wzruszam i płaczę, ale to co przeżyłam w buddyjskiej świątyni Chaotian Temple w Peigang, zdziwiło nawet mnie samą. Razem z moimi nowo poznanymi znajomymi z Malezji i organizatorem wystawy zwiedzaliśmy to miejsce. Mieliśmy w nim przewodnika, który tłumaczył nam znaczenie różnych symboli. Z ciekawości spytałam, czy też mogę zostawić swoją modlitwę na ścianie przeznaczonej do składania intencji.

Jestem chrześcijanką i w żadnym wypadku nie traktowałam tego jako duchowego przeżycia. Po prostu chciałam zostawić po sobie mały ślad. Wykupiłam ozdobę, na której zapisuje się intencje. Podpisałam ją swoim imieniem i… Właśnie wtedy się rozpłakałam. W tamtej sekundzie uświadomiłam sobie, że mam dosłownie wszystko, o czym marzyłam. Wszystko co chciałam osiągnąć było i jest w moim zasięgu. Wystarczy odrobina samozaparcia, ciężka praca i skupienie na celu. Jest tylko jedna rzecz, której nie mam, i nie mam na to wpływu. Właśnie w tej buddyjskiej świątyni, słuchając śpiewów i modłów tajwańskich wiernych, uświadomiłam sobie, że jest w moim życiu jedna rzecz, o której podświadomie całe życie marzę i niestety wiem, że nigdy nie będę jej już miała. Napisałam jedno słowo na blankiecie (niech pozostanie ono moim sekretem, bo jakąś część swojego życia, chcę zachować tylko dla siebie). Chyba nigdy wcześniej, nie przeżyłam tak wzruszającej chwili w moim życiu i ciężko mi uwierzyć, że musiałam pokonać tysiące kilometrów, by poznać prawdę o sobie.

Mała ciekawostka: Snozze jest vlogerem i całe zdarzenie zarejestrował swoim GoPro. Mam więc ten moment zarejestrowany na filmie.

Malowanie ściany z kumplami z Malezji

Podczas mojego wyjazdu do Yunlin miałam szczerą przyjemność poznać wielu ludzi z różnych azjatyckich krajów, jednak to z Anie i Snozzem z Malezji i Gazzem z Singapuru, spędziłam najwięcej czasu. Anne i Snozz tworzą street art, więc przy okazji wystawy dostali kawałek ściany, by namalować na niej swoją rzecz.

Padał deszcz, pogoda nie sprzyjała i powoli robiło się ciemno. Dlatego razem z Gazzem wzieliśmy pędzle i farby do rąk i pomogliśmy im kończyć ich dzieło. To był ostatni dzień zorganizowanego wyjazdu dla artystów wystawy, poniedziałek. Jeden z fajniejszych dni w moim życiu. Uwielbiam poniedziałki, zwłaszcza takie.

Przepraszam, czy mogę się do ciebie przytulić?

Zatrzymaliśmy się na parkingu przy Night Market w jednej z mniejszych miejscowości w Hrabstwie Yunlin, na który szliśmy tego wieczora. Czekaliśmy na pozostałe osoby (poruszaliśmy się kilkoma samochodami), niektórzy palili papierosy, a ja zauważyłam, że w pobliżu znajduje się świątynia. Spytałam osoby, które stały przy mnie, czy mogę do niej na chwilę podejść. Przez te pięć dni, które spędzałam z innymi, zawsze miałam przy sobie kogoś, kto był moim tłumaczem (na Tajwanie niewiele osób mówi po angielsku, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, w których miałam okazję przebywać). Podeszłam bliżej, bo po kilku dniach na Tajwanie, nadal nie mogłam oderwać wzroku od każdej napotkanej na drodze świątyni. Gdy zbliżyłam się do jej wejścia, kilka osób odwróciło się moim kierunku. Jedna kobieta podeszła do mnie bliżej i zaczęła mówić w języku, którego niestety nie rozumiałam. Moja koleżanka tłumaczyła mi wszystko po kolei, więc dowiedziałam się, że jestem piękna, mile widziana i zaproszona do środka świątyni. Lokalni mieszkańcy koniecznie chcieli mnie oprowadzić. Co chwilę coś do mnie mówili, uśmiechali się i byli bardzo przyjaźni. Kobieta, która podeszła do mnie na samym początku w pewnym momencie zapytała, czy może się do mnie przytulić. Oczywiście się zgodziłam. Sprawiło jej to niesamowitą radość. Na koniec zrobili sobie ze mną zdjęcia i miło pożegnali. Ludzie w Azji są bardzo przyjaźnie nastawieni do innego człowieka. Nigdzie na świecie nie czułam się otoczona taką opieką jak na Tajwanie. Wiem, że do tych miejsc, w których byłam, nie często przyjeżdżają ludzie z Europy, dlatego moja obecność była niemałym poruszeniem. Nie patrzyli na mnie jednak jak na eksponat, wręcz przeciwnie, chcieli mnie poznać i cieszyli się, że odwiedzam ich świątynie, wieś, miasteczko.

Najlepsze herbaty na świecie

Na Tajwan poleciałam sama. Jak pisałam wcześniej 5 dni spędziłam z innymi artystami z wystawy, ale zanim do niej doszło, miałam tydzień na zwiedzanie Tajpej w pojedynkę. Berenice, która wysłała moje portfolio kuratorom wystawy, gdy dowiedziała się, że przylatuję sama do Azji, od razu, nie pytając mnie o zdanie, zorganizowała mi przewodnika. W ten sposób pierwszego dnia swojego pobytu w Azji poznałam Debbie, przesympatyczną Tajwankę, która studiuje w Tajpej. Umówiłyśmy się o 12 na dworcu głównym. Na wstępie dostałam od niej Easy Card, która pozwala na poruszanie się tajpejskim metrem. Dzień wcześniej nie wiedziałam, gdzie i jak ją kupić, więc to że moja nowa koleżanka wpadła na pomysł przyniesienia mi jej, było nieocenioną pomocą. Debbie zorganizowała nam cały dzień. Zabrała mnie w miejsca, które mogły mnie zainteresować, na osiedle artystów, do dwóch księgarni z albumami o sztuce i na przepyszny obiad do jej ulubionej restauracji. Co ciekawe, nie pozwoliła mi zapłacić rachunku, mimo że poświęciła mi cały swój wolny dzień. Nie chciała przyjąć takiej formy podziękowania. Mało tego, próbowała mi wmówić, że to ona powinna zapłacić. Po długich namowach zgodziła się podzielić rachunek na pół. To jest azjatycka gościnność.

Na sam koniec naszego wspólnego dnia poszłyśmy do centrum handlowego, gdzie poszukiwałam tajwańskiej wersji „Małego księcia” (z każdego państwa/miasta, które odwiedzam, przywożę wersję w lokalnym języku) i herbaty na prezent dla mojej koleżanki. Debbie po raz kolejny okazała się nieoceniona, zaprowadziła mnie w odpowiednie miejsca i razem ze mną próbowała wszystkich możliwych herbat – na Tajwanie zanim kupisz herbatę, obsługa sklepu zaparza specjalnie dla ciebie wybraną, byś mógł spróbować jej przed zakupem. Ostatecznie nie zdecydowałam się na nabycie żadnej, dlatego że nie miałam przy sobie odpowiedniej ilości gotówki. Chciałam tam wrócić następnego dnia, ale moja nowa koleżanka załatwiła to po swojemu. Poszła na chwilę do toalety, a gdy wróciła miała dla mnie paczkę jej ulubionej herbaty, bym mogła pić ją w Polsce. Nie pozwoliła mi się też odwdzięczyć. Mam nadzieję, że w przyszłości odwiedzi mnie w Gdańsku i to ja będę mogła jej pomoc w poznawaniu nowego miejsca. Azjaci naprawdę kochają wszystkich ludzi!

P.S. Herbata, którą dostałam, była najlepszą herbatą, jaką w życiu piłam. Niestety, już się skończyła – ale od tej pory zaczęłam regularnie odwiedzać herbaciarnie.

Spotkałam Berenice kolejny raz!

To naprawdę świetne uczucie spotkać osobę mieszkającą tysiące kilometrów od ciebie kolejny raz w życiu. Utrzymujemy kontakt mailowy i piszemy do siebie listy tradycyjne. No i w końcu miałyśmy szansę spotkać się na innym kontynencie. Tym razem to Berenice była w swoim naturalnym środowisku (pochodzi i żyje w Hong Kongu, ale na Tajwanie była kolejny raz w życiu). Bardzo ucieszyłam się, gdy zobaczyłam ją na lotnisku. Spędziłyśmy ze sobą kilka dni, dzieliłyśmy jeden pokój. Poznałam jej przyjaciółki. Razem dzieliłyśmy się jedzeniem na Night Market. Bawiłyśmy się świetnie. Dostałam od niej pałeczki do ćwiczenia przez cały następny rok sztuki jedzenia nimi (tak, naprawdę tego nie potrafię). To wspaniałe uczucie mieć przyjaciół z całego świata.

I teraz prawdziwe „wow” dla dziewczyny z Europy

Nie byłabym sobą, gdybym zachwycała się tylko prawdziwie pięknymi i wzruszającymi miejscami oraz chwilami. Gdy malowaliśmy ścianę moich ulubionych ludzi z Malezji, nagle usłyszałam dziwny dźwięk, a właściwie melodyjkę przypominającą tą, którą znam z amerykańskich filmów. Tyle że na amerykańskich filmach melodyjka zwiastuję przyjazd busa z lodami. Jak myślicie, co zwiastowała melodyjka na Tajwanie?

Tak… To śmieciara. Wielkie WOW. Nie sądzicie?

Tych chwil było o wiele więcej i niewykluczone, że jeszcze kiedyś o nich napiszę. Wyjazd na Tajwan był dla mnie ważnym wydarzeniem w życiu, więc chętnie wracam wspomnieniami do tych dni. Jak myślicie, co mnie czeka tej wiosny, gdy po raz kolejny polecę do Azji?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s