Miałam lecieć do Japonii, ale… Podróżować, czy zostać w domu w trakcie epidemii koronawirusa?

Paradokslane jest to, że piszę ten post po połknięciu lekarstw. Nie, nie martwcie się, nie jestem zarażona koronawirusem. Przechodziłam mocne przeziębienie, które sparaliżowało moją pracę na prawie tydzień. Z gorączką w łóżku zastanawiałam się nad tym, co mam zrobić w związku z planowanym przeze mnie wyjazdem do Japonii.

Pół roku temu kupiłam bilety lotnicze. Na pierwszy wyjazd w 2020 wybrałam końcówkę marca, by nacieszyć się widokiem kwitnącej wiśni w Tokio. Zamówiłam z internetowej księgarni przewodniki turystyczne po Japonii, Malezji, Singapurze i Chinach. Japonia nie była moim jedynym planem na ten rok. Zaraz po powrocie z niej, miałam zamiar wpakować się w samolot lecący do Kuala Lumpur, a stamtąd ruszyć kolejno do okolicznych malezyjskich miast, Singapuru, Hong Kongu i na koniec Tajwanu, gdzie znowu pokazane będą moje ilustracje na kolejnej wystawie. Moje plany pokrzyżował jednak wirus, o którym obecnie mówi cały świat.

Nie chcę popadać w panikę, bo jestem świadoma, że koronawirus jest uleczalny, śmiertelny głównie dla osób z grupy ryzyka, i na inne choroby umiera więcej osób. Wiem, to wszystko! Jednak postanowiłam odłożyć swoje plany podróżnicze na później. Odnoszę wrażenie, że czasami lepiej poczekać. Co prawda wydałam krocie na bilety, a linie lotnicze nie zwrócą mi poniesionych kosztów. Czy jednak pieniądze to najważniejsza rzecz w życiu?

Zanim powiem wam, dlaczego podjęłam taką, a nie inną decyzję, wspomnę, że na swoim instagramowym profilu, zadałam pytanie moim obserwatorom, czy na moim miejscu, polecieliby teraz do Azji. Na swoje story dodałam też screena ze strony Głównego Inspektoratu Sanitarnego, w którym podana jest informacja, że nie zaleca się podróży do 9 krajów. Na tej liście znajdują się 3 z tych, które planowałam w najbliższym czasie odwiedzić. Zdziwiłam się, bo 45 procent osób, odpowiedziało, że na moim miejscu ruszyłoby w drogę. Dostałam nawet kilka wiadomości prywatnych z informacją, że cały ten koronawirus nie jest przecież groźny i że szerzę panikę i jestem ogólnie głupia, powinnam jechać, bo przecież stracę kasę. Prędzej umrę na raka niż na koronawirusa, dlatego powinnam wsiadać w samolot i lecieć do Tokio!

Okej. To teraz wyjaśnię wam, że wcale nie jestem głupia, a raczej rozsądna. Nie biegnę teraz do biedry i nie robię zapasów jedzenia na tygodnie życia zamknięta w domu. Wiem, że mycie rąk i zachowanie higieny jest bezpieczną opcją przetrwania, jednak… Myślicie, że panująca w kraju epidemia ułatwia zwiedzanie? Już jakiś czas temu w Japonii zamknięto szkoły. Skoro zamknięto szkoły, zamkną, albo już to zrobili, muzea, atrakcje turystyczne i inne miejsca. Skoro Główny Inspektor Sanitarny nie zaleca podróży do Japonii, coś jest na rzeczy. Zdecydowałam się tam nie jechać z kilku powodów. Po pierwsze, nie chcę znaleźć się w miejscu, które zostanie objęte kwarantanną. Nie wyobrażam sobie utknąć w jakimś hotelu na dwa tygodnie w wypadku kwarantanny. Nie wykluczone, że w trakcie mojego wyjazdu mogłoby dojść do zarażenia większej ilości osób w Japonii i zamknięto by lotniska. Utknęłabym wtedy na innym kontynencie na dobre. Jest też szansa, że jednak bym się zaraziła. Wróciłabym do Polski, zanim miałabym jakiekolwiek objawy i zarażałabym dalej ludzi w Polsce. Wszyscy pasażerowie samolotu, którym bym wracała, później autobusu, którym wróciłabym z lotniska do domu, musieliby spędzić dwa tygodnie na kwarantannie. Odpowiedzialnie, co? Może też zaraziłabym się i miała objawy jeszcze przed powrotem. Wtedy leczona byłabym z dala od domu, w szpitalu na innym kontynencie. Jest to rzecz, która nie mieści mi się w głowie, bo nie podróżuje się z myślą, że trafi się do szpitala w trakcie wakacji. Czy ktoś mówił o straconych pieniądzach? Ciekawa jestem, ile kosztowałby mnie kupiony z dnia na dzień bilet powrotny z Japonii do Warszawy, gdybym utknęła tam na dłużej w związku z kwarantanną lub pobytem w szpitalu?

Wiem, wiem, już teraz mogę zarazić się koronawirusem też w Polsce. Jestem tego w pełni świadoma. Zwłaszcza, że… moja mama jest pielęgniarką i pracuje na oddziale zakaźnym. Jako że jestem dorosła, mama nie wtrącała się w sprawy dotyczące mojego wyjazdu, ale gdy oznajmiłam jej, że postanowiłam zostać w domu, odetchnęła z ulgą.

Czy podjęłam słuszną decyzję? Nie wiem. Wiem tylko, że nie chciałabym przemieszczać się po państwach w Azji z myślą w głowie, że po pierwsze mogę zostać zarażona, a po drugie wrócić do kraju i zarażać innych, przyczynić się do rozprzestrzeniania się epidemii. Nie chciałabym podróżować w czasie paniki, która nie wpływa na jakość podróżowania. Co ważne, rozmawiałam z koleżanką mieszkającą w Hong Kongu. Nie wychodzi z domu, bo zamknięto szkoły. Jako że jest nauczycielką nie ma obecnie pracy. Miałyśmy spotkać się obie na Tajwanie, ale Tajwan zamknął granice dla ludzi przylatujących z Hong Kongu. Ona, jako mieszkanka Azji odradzała mi wyjazd zarówno do Japonii jak i na Tajwan.

Mam dopiero 27 lat, jestem młoda i mam dużo czasu na różne wyjazdy. Jeśli nie w tym roku, to w następnym. Wybór, czy podróżować, czy zostać w domu, pozostawiam wam. Ja wolę tę sytuację przeczekać. Pojadę do Japonii w przyszłości, ciesząc się swobodą podróżowania bez sprawdzania co chwilę komunikatów bezpieczeństwa.

P.S. Post napisałam z wyprzedzeniem i dosłownie godzinę przed jego publikacją dostałam informację od linii lotniczych LOT, że bezpłatnie mogę przełożyć loty do Japonii – więc nie jestem do końca stratna. Przesunęłam lot na październik. Wychodzi na to, że w tym roku będę miała jeszcze szansę zobaczyć Japonię, o ile sytuacja do tego czasu się uspokoi.

Tagi: