Mam nowy-stary rower #slowlife

Mój tata, gdy wyciągał stary i zniszczony rower z garażu, powiedział do mnie: możesz go sobie zabrać, przynajmniej nikt ci go nie ukradnie, a jeśli ukradnie, to nie będzie żalu. Szybko oceniłam, że będę musiała kupić do niego nowe siodełko i kosz, w którym będę woziła zakupy, a kiedyś może nawet pomaluję go na swój ulubiony, różowy kolor. Tata naprawił w nim dzwonek i dodał światła. Mogłam na niego wsiąść i jechać przed siebie.

W Trójmieście Mevo, rowery miejskie po niecałym roku przestały być dostępne. Przedsięwzięcie się nie udało. Mieszkam głównie w Gdańsku (w tym momencie wyjątkowo mnie tam nie ma), więc gdy te jeszcze funkcjonowały, jeździłam nimi codziennie, do pracy, z pracy, na zakupy, czy spotkania z koleżankami. Czasami nawet z mieszkania na Śródmieściu przemierzałam jednym z nich trasę do drukarni we Wrzeszczu. Planowałam zakup roweru od dawna, ale zawsze znajdowałam ważniejszą rzecz, na którą wolałam poświęcić swoje zarobki. Torebka od Tory Burch wydawała mi się produktem pierwszej potrzeby. To cała ja. Nigdy nie zrozumiem tego mechanizmu w sobie, który odkłada na później zakup rzeczy, która jest tysiąc razy przydatniejsza od skórzanej torebki. Cóż, jestem kobietą.

Ku zdziwieniu mojego taty ucieszyłam się z tego starego roweru. Nie chciałam kupować nowego i nadwyrężać tym swojego budżetu. Współpracujące ze mną firmy wstrzymały realizacje zamówionych projektów do czasu, aż sytuacja na świecie się uspokoi. Jak widać, nawet moją branżę dotknął kryzys. Na Mevo 2.0. przestałam liczyć już dawno. Znowu się zapomniałam i przestałam trzymać dietę, a od kiedy mogę wypuszczać psa do ogrodu, coraz rzadziej chodzę z nim na długie spacery. W Gdańsku każdego poranka, zanim turyści zaczynali się wylewać na ulice, razem z Kluską przemierzałyśmy naszą stałą trasę. Z naszego bloku szłyśmy w kierunku kładki na Ołowiance, z niej na Stare Miasto. Zaglądałyśmy na wybieg przy Teatrze Szekspirowskim i wracałyśmy ulicą Długą do domu. Teraz boleśnie odczuwam brak ruchu. Moje ciało pragnie aktywności fizycznej. Nie umiem się jednak zmobilizować do ćwiczenia z Mel B. Wmawiam sobie, że to nie moje lenistwo sprawia, że nie mam ochoty na trening w domu. Zwalam winę na brak karimaty, której ewidentnie zapomniałam spakować, lub zostawiłam w jednym z nierozpakowanych kartonów. Dlatego nawet stary rower wzbudza we mnie euforię.

Mam tysiące powodów, by uśmiechać się od ucha do ucha wsiadając na nowy-stary nabytek, nawet jeśli sklepy z częściami do rowerów nadal pozostają zamknięte i nie mam okazji wymienić siodełka. Te stare może uchodzić za narzędzie tortur, ale postanowiłam przymknąć na to oko. W końcu mogę uciec z domu, od pracy i pozostałych obowiązków. Uciec i nie myśleć o swoich problemach. Wyłączyć na chwilę maszynę planującą kolejne działania. Od dłuższego czasu gryzę się z tym, w jakim kierunku powinno pójść Moillu. Chciałam je rozwinąć, ale ciągle mam tysiąc wątpliwości. Niby wiem, co chcę osiągnąć, ale chyba ciągle mam do siebie jakieś ale. Próbuję faszerować umysł różnymi obrazkami, próbować działać na różnych frontach, a to wszystko zaczyna czasami przytłaczać. Znacie to uczucie, gdy wydaje się wam, że ktoś wcisnął wam na głowę słoik i ledwo możecie oddychać, a co dopiero skupiać na ważnych zadaniach? Od tego uwalnia tylko spokój, a ten najlepiej uzyskać robiąc coś przyjemnego, jak jazda na rowerze na przykład.

Dobrze, że wyjechałam z Gdańska. Mimo że to miasto jest piękne, nie jestem do niego przywiązana i właściwie nie lubię tam mieszkać. Na całym świecie jest kilka miejsc, w których bardziej czuję się „jak w domu” niż w mieście, w którym mam własne mieszkanie. Już dwa miesiące mnie tam nie ma, a zupełnie nie czuję, że coś mi umyka. Wręcz przeciwnie. Powoli planuję, gdzie osiądę na stałe. Marzyłam o Włochach, ale w tych okolicznościach jest to niemożliwe. Chciałam wrócić do Budapesztu, ale ze względów ekonomicznych nie jest to dobrym pomysłem. Czasami zastanawiam się, czy nie otworzyć mapy i z zamkniętymi oczami wylosować miejsca, do którego zawiozę spakowane kartony. Teraz ucieszyłam się, bo przebywam w miejscu, do którego wirus nadal nie trafił, mogę pojechać rowerem do pobliskiego lasu, czy na pola i nie minę żywej duszy. Wyciągam więc z piwnicy rower, który dostałam od taty i jeżdżę, by mieć chociaż odrobinę ruchu, by nie myśleć o pracy i by wyobrażać sobie, że gdy te szaleństwo się skończy, pojadę do Rosji i do Japonii (dwa wyjazdy, które przepadły mi w tym roku), a później zdecyduję, gdzie będziemy mieszkać, jak będzie wyglądała moja kariera, jakie będzie moje życie. Teraz postanowiłam zwolnić.Nie wiedziałam, że jest to rzecz, której potrzebuję, dopóki nie wsiadłam na rower i nie oczyściłam umysłu. Lubię swoje aktualne życie na kanapie, z dobrą książką pod ręką, kawą z nowego ekspresu i brakiem presji. Oczywiście, wiem, że jestem prawie bezrobotna, a większość oszczędności wydałam w styczniu, gdy miałam martwy okres w pracy. Nie byłam gotowa na tą sytuację, jak pewnie wszyscy inni. Co jednak mogę z tym zrobić? Czy powinnam stresować się i drżeć w obawie o swoją przyszłość? To nic nie da. Wolę karmić się myślą, że ten czas mogę wykorzystać na znajdowanie nowych rozwiązań, planowanie pracy, czy zwykły odpoczynek. Dziś biorąc prysznic myślałam o wystawach, jakie będę miała, gdy już skończy się „ta wojna” (tak to nazywamy z moją przyjaciółką Nataszą). Może by tak zaplanować jedną w Petersburgu? Czemu właściwie nie? Przecież nic nie stoi na przeszkodzie. Przynajmniej na przeszkodzie by marzyć. Jeśli tylko zacznę w to wątpić, będę wiedziała co robić. Wystarczy znowu wsiąść na rower i praktykując slow life zapomnieć o zbędnych troskach.

A może by tak zacząć praktykować slow life już zawsze?

 

Tagi: