Odwyk od social mediów

Nastał ten dzień, o którym nie fantazjowałam nawet w najśmielszych wizjach przyszłości. Przez ostatnie osiem lat nie wyobrażałam sobie mojego życia bez Instagrama i Facebooka. A jednak, stało się. Usunęłam swoje profile z mediów społecznościowych. Skąd ta rewolucja?

Dawno, dawno temu…

Miałam dwadzieścia lat, gdy na swój telefon ściągnęłam aplikację Instagram. Wcześniej korzystałam z Facebooka, ale dbając o swoją prywatność, wrzucałam na niego jedynie zdjęcia, na których stałam tyłem. Nie pytajcie, skąd wziął się ten pomysł. Lubiłam siebie, nie miałam kompleksów, nie musiałam się ukrywać, po prostu uznawałam, że pozowanie do zdjęć w inny sposób jest mi niepotrzebne. No ale, pewnego dnia odkryłam nieznaną jeszcze wszystkim aplikację Instagram. Był to rok 2012. Po założeniu konta (użyłam wdzięcznego nicka wisnioowka, który z czasem zmieniłam na monikawisniowa) z radością zauważyłam, że korzysta z niej zaledwie dwóch moich znajomych i cała masa ludzi na całym świecie, którzy nie mogą wiedzieć, kim jestem. Odważyłam się na wrzucenie tam swojego selfie.

Pierwsze lata korzystania z Instagrama były cudowne. Nikt wtedy na tym nie zarabiał, nie wrzucało się wyretuszowanych zdjęć, bo nie można ich było wrzucać z galerii telefonu. Jedyną opcją było zrobienie zdjęcia przy pomocy aplikacji w realnym czasie. Do wyboru było zaledwie kilka filtrów i nikt nie dbał, by feed był estetyczny. Lubiłam tamten Instagram, na który mogłam wrzucić zdjęcie swoich butów, czy zielonego Indeksu ASP. Nigdy nie zapomnę, gdy dodałam zdjęcie porannej kawy i opatrzyłam je hashtagiem #coffee. Zaczęłam wtedy zdobywać pierwszych obserwatorów.

Z czasem zaczęłam publikować więcej i częściej, poznałam kilkanaście ciekawych osób, z którymi wymieniałam komentarze pod różnymi zdjęciami (z niektórymi do tej pory utrzymuję kontakt). W szczycie mojej Instagramowej popularności miałam ok. 700 polubień pod swoimi fotkami – i nie, nie były to czasy, w których statystyki miały jakiekolwiek znaczenie. Po prostu, moje ujęcia trafiały do odbiorców i w pewien sposób musiały ich urzekać.

Nigdy nie byłam instagramowym ninją i nigdy nie zarabiałam na reklamowaniu produktów coco glam, czy innych marek. Po prostu lubiłam robić zdjęcia od zawsze, wszystkiemu, a skoro znalazłam możliwość publikowania ich w sieci, robiłam to. Początkowo raz na jakiś czas, później coraz częściej. Przestałam być jednak spontaniczna, starałam się dobierać zdjęcia tak, by tworzyły spójną całość. Czasami z marnym skutkiem, bo nigdy nie opanowałam sztuki prowadzenia social mediów do perfekcji. Mój ówczesny chłopak miał na ten temat inne zdanie. Ciągle namawiał mnie, bym zaczęła prowadzić portale społecznościowe zawodowo. Mówił, że mam oko do zdjęć i robię to świetnie. Cieszę się, że nie dałam się na to namówić. Mam wrażenie, że teraz wszyscy pracują jako specjaliści od Social Mediów. I są w tym świetni. Mi jednak lepiej wychodzi rysowanie.

Nastała era Stories

W 2016 roku, miałam o 6 lat więcej i nie byłam już jedną z nielicznych osób wśród moich znajomych, którzy mieli konto na Instagramie. Właściwie tylko nieliczni takiego konta nadal nie mieli. Aplikacja kupiona przez Facebooka, rozbudowała się o wiele opcji. Mogliśmy zacząć dodawać zdjęcia nie tylko w kwadracie, a też w oryginalnych formatach, a nawet nie jedno, a kilka na raz. Nie tylko zdjęcia! Dostaliśmy możliwość pochwalenia się krótkimi filmikami (na początek trwającymi zaledwie kilkanaście sekund, teraz ten czas wydłuża się do minuty). Na feed zaczęliśmy dodawać jednak tylko wybrane, najlepsze zdjęcia. Cała reszta lądowała na Stories, czyli relacjach, które pokazują się na profilu zaledwie przez 24 godziny, i które w przyszłości zastąpiły Snapchata. Wrzucaliśmy tam wszystko, informację o śniadaniu, prysznicu, czy kupie. Powoli zaczęliśmy tracić prywatność, ale Instagram nadal nie był jeszcze tym, czym stał się w latach późniejszych.

Śmietnikiem.

W 2020 roku, mam 28 lat i Instagram zaczynam odbierać jako śmietnik. Jest tam cała masa fajnych treści, owszem, ale jednak nie jest już zwykłą aplikacją do wrzucania ładnych fotek ze swojego życia. Jest jednym wielkim słupem reklamowym, w którym rządzą algorytmy. Żeby ktoś cie zauważył musisz być ciągle aktywny, wykupić reklamę, albo rzucać się w oczy czymś spektakularnym. Jest jednym wielkim narzędziem marketingowym, z którego swoją drogą aktywnie korzystam (@mo.illu). Potencjalni pracodawcy szukają pracowników również na Instagramie, przynajmniej w mojej branży.

Ważna jest ilość obserwatorów, ich aktywności i estetyczny wygląd. Nie wiem, czy tylko ja to zauważyłam, ale moim zdaniem wszystkie te Instagramowe profile wyglądają prawie tak samo. Właściciele najpopularniejszych kont edytują swoje zdjęcia w Lightroomie, często korzystając z tych samych presetów. To widać najbardziej na przykładzie Instagramów blogerek i blogerów podróżniczych. Sama przecież tworzę cykl notek pt. Najbardziej #instagramable miejsca na świecie. Teraz wszystko jest Insta Worthy, świat zwariował na punkcie aplikacji, na której najpopularniejsi i najaktywniejsi zarabiają wciskając innym najróżniejsze produkty (zazwyczaj są to te same rzeczy – szczoteczka do mycia twarzy, urządzenie do wybielania zębów w domu, czy najróżniejsze suplementy).

Kiedy okazuje się, że jesteś uzależniona…

Już od zeszłego roku zaczęłam starać się dbać o siebie i układać swoje życie od nowa. Chcę zaprogramować je tak, by żyło mi się dosyć komfortowo. Zaczęłam zauważać, że Instagram ma na mnie zły wpływ. Wcześniej jednym uchem słuchałam, a drugim wypuszczałam informację o negatywnym wpływie tej aplikacji na samopoczucie. Do czasu, aż któregoś dnia postanowiłam przyjrzeć się temu z bliska na własnym przykładzie. Po pierwsze, spędzałam na Instagramie całą masę czasu, oglądając relacje moich znajomych, czy osób które miały na tyle ciekawe profile, że postanowiłam kliknąć „follow”. Stories, które były głównie o niczym. Scrollowałam i scrollowałam obdarowując wszystkich serduszkami. Na szczęście, nigdy nie martwiłam się o ilość polubień pod moimi zdjęciami, możliwe, że nie doszłam jeszcze do tego etapu uzależnienia. Zauważyłam jednak, że ilość polubień drastycznie spadła zupełnie odwrotnie proporcjonalnie do jakości moich zdjęć. Ach, te algorytmy. Pod zdjęciem swojej twarzy miałam maksymalnie setkę serduszek, pod zdjęciem obrazu Van Gogha zaledwie trzydzieści, ale who cares. Skoro miało to pasować do całości, to pasowało.

Po drugie, zaczęłam kupować oczami. Na Instagramie wszystko jest przecież takie ładne, przesycone. Zdjęcie w starym dresie, w którym prezentuję się na co dzień w swoim domowym biurze nie pasowałoby do tego lukrowego świata. O ile, nie nabierałam się na polecajki instablogerek, o tyle widząc kolejną świetnie ubraną kobietę ze świetnymi rzeczami, pragnęłam wyglądać jak ona. Nie chcę nawet myśleć, ile niepotrzebnych rzeczy kupiłam, bo wcześniej napatrzyłam się na nie w tej aplikacji. Nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale… od niedawna pragnę mieć mniej. Konsumpcjonizm zaczął mnie denerwować. Ma on wpływ na nasz budżet, samopoczucie, planetę, wszystko. A Instagram to bardzo napędza.

Po trzecie, zapomniałam, że kiedyś dodawałam zdjęcia, na których stałam tyłem, bo nie chciałam całemu światu pokazywać swojej prywatności. Tłumaczyłam to sobie tym, że przecież lubię robić zdjęcia, piszę bloga, nie mam nic do ukrycia. A jednak, w pewnym momencie mojego życia, zaczęło denerwować mnie to, że każdy ma wszystko podane na tacy. Dzięki Instagramowi wiem, pod jakim adresem mieszka kolega mojej koleżanki, z którą kiedyś siedziałam w jednej ławce. Nie potrzebuję tej wiedzy, a jednak… Zawsze byłam pewna, że mam to pod kontrolą, że pokazuję tyle, ile chcę pokazać, ale… właściwie po co pokazywać cokolwiek? Ograniczałam to stopniowo. Najpierw wybrałam grupę „bliskich znajomych”, którzy mogli oglądać moje nieśmieszne żarciki, które publikowałam na swoich Stories. Później poszłam o krok dalej. Zmieniłam ustawienia prywatności swojego konta. Dostęp do moich treści miały tylko te osoby, na których obserwowanie się zgodziłam. I tu zaczął się cały cyrk, który pozwolił mi się ocknąć. Codziennie jakieś fake konto prosiło o zezwolenie na obserwowanie. Nie wiem, czy to był przypadek, czy może ktoś chciał mnie stalkować, jednak pomyślałam sobie Ej, nie, nie. Nie chcę już, by cały świat wiedział, że jeżdżę fiatem punto i mieszkam na Ochocie.

Wodzi na pokuszenie

Gdy już zaczęłam rozkładać na czynniki pierwsze swoje zachowania, próbowałam przekonać siebie, że zostanie na Instagramie nie jest wcale takie złe. Po pierwsze, jeśli skasuję Facebooka i Instagram, nie będę miała kontaktu ze znajomymi. Przecież od lat komunikowałam się z całym światem przez messenger. No ale, byłam też ciągle online, ciągle pod ręką. Czułam się winna, gdy nie odpisywałam na wiadomości od razu. Znalazłam na to kontrargument: Jeżeli ktoś będzie bardzo chciał znaleźć sposób dotarcia do mnie, znajdzie go. W zeszłe wakacje dostałam bukiet kwiatów od faceta, którego widziałam raz w życiu. Nie podałam mu numeru telefonu, adresu, ani nawet swojego nazwiska. A jednak, udało mu się wysłać mi te kwiaty (nie, nie myślcie sobie, że był psychopatą, który śledził mnie, by znaleźć mój dom, ani nie znalazł tej informacji na moim Instagramie). Więc jeśli ktoś będzie miał do mnie pilną sprawę, znajdzie mój numer telefonu, albo maila na moim blogu.

Kolejnym argumentem przemawiającym za zostaniem na IG, był fakt że pracuję jako ilustrator i potrzebuję tego narzędzia do marketingu. Postanowiłam nie usuwać swojego „firmowego” konta, zrezygnować jedynie z tego prywatnego. Obiecałam sobie jednak, że nie będę korzystać z Instagrama w innych celach niż te służbowe. Promuję tam swoje ilustracje, aktualizuję ofertę, ale nie robię nic więcej. Nie scrolluję już feedu bez celu.

Szkoda twoich ładnych zdjęć – powiedziała mi przed wczoraj przez telefon moja przyjaciółka. Tak, na początku było mi tego żal. Nie chciałam stracić swojego starannie projektowanego feedu. Mogłam się po prostu wylogować, ale wtedy… nie umiałabym powstrzymać się przed ponownym zalogowaniem się. Zrobiłam sobie na pamiątkę screeny i wydrukowałam najlepsze ujęcia, które włożyłam do albumu. Tak też można żyć.

Co teraz będzie?

Teraz budzę się i gdy za oknem widzę śnieg, łapię się na tym, że chcę sięgnąć po telefon, by jak tysiąc innych osób oznajmić o kolejnej zmianie pogody całemu światu. Przed snem szukam iPhona, by sprawdzić, co nowego wrzucili moi najbliżsi. Po chwili jednak reflektuję się, że to już przeszłość. Teraz mam czas na dodatkowe strony książek, których stosik z szafki nocnej powoli się zmniejsza (i wcale nie muszę wrzucić zdjęcia okładki na Instagram!). Czuję ogromną ulgę i nie wiem, jak dokładnie to wytłumaczyć. To miłe uczucie, porównywalne z wolnością. Nie zdawałam sobie sprawy, że social media mi ciążą, dopóki z nich nie zrezygnowałam.

Niesamowicie cieszy mnie też wizja podróży, podczas której będę w stu procentach skupiona na eksplorowaniu świata, nie na publikowaniu zdjęć z niej na Instagramie, czy Facebooku. Być może, gdy świat się uspokoi, a moja wycieczka do Japonii dojdzie do skutku, będę mogła sprawdzić na własnej skórze, jak to jest pojechać gdzieś i nie mówić o tym całemu światu.

Tak naprawdę chyba zawsze zazdrościłam ludziom, którzy nie korzystali nigdy z tych rzeczy. Mąż mojej siostry jest jedną z takich osób. Nie potrzebuje Facebooka i nigdy go nie miał. Takie nie poddawanie się presji społeczeństwa na zakładanie portali w social mediach, zawsze mi imponowało. Może te moje zdjęcia tyłem już kiedyś świadczyły o tym, że tak naprawdę wcale nie marzę o publikowaniu przebiegu swojego życia w internecie?

No cóż, po 8 latach odetchnęłam z ulgą, chociaż na początku media społecznościowe były dla mnie świetną zabawą. Teraz zaczęły mi ciążyć, więc z nich zrezygnowałam. Minęło zaledwie kilka dni. Nikt jeszcze nie zauważył mojej nieobecności na Instagramie. Wiecie co to znaczy? Że nikomu nie było potrzebne zerkanie w moje prywatne życie (albo nikt się do tego nie chce przyznać).

Tagi: