Kiedy myślisz, że gorzej być nie może, psuje ci się pralka

Sobota wieczór, majówka, właśnie mija drugi tydzień od mojego powrotu do Gdańska. Jest to kolejny tydzień, w którym nie miałam okazji poznać Geralda Gilluma i zakochać się w nim z wzajemnością (nie oceniajcie człowieka, po jego platonicznej miłości). Kolejny dzień trwania pandemii. Kolejny dzień, w którym mam ochotę rzucić wszystko i przestać spełniać swoje marzenia.

Myślę, że wszyscy jesteśmy już na tym etapie, w którym mamy ochotę bić pięściami w cztery ściany, w których zostaliśmy zamknięci. Gospodarka nam pada, tracimy pracę, nie mamy jak zapłacić za prąd (uf, udało się to uregulować). Jeżeli jesteście z tych mądrzejszych, którzy mieli poduszkę finansową i jak ja nie musili wykorzystać jej na trudny okres bez zamówień w styczniu, to patrzycie ze smutkiem na bliskich, którzy tracą prace. Są też tacy, którzy widząc stres na twojej twarzy mówią, że wirus to kop od życia, który spędzają chillując przy herbatce i myśląc nad tym, że to dobry czas na wykorzystanie go do samorozwoju. No, za przeproszeniem, kurwa mać, tydzień, dwa na pisanie ebooków i ćwiczenia z Chodakowską w zupełności wystarczą. Później dorosłość daje w kość. No ale, może tylko ja to tak odczuwam, bo akurat rozwijałam swoją markę i wraz z nadejściem wirusa dostałam te kilka maili z informacją, że nie możemy podjąć współpracy w związku z zaistniałą sytuacją panującą na świecie. Och, miało to trwać chwilę, a trwa całą wieczność (bo jak inaczej odczuwać kolejne dni spędzone na gapieniu się w ekran tabletu, odświeżania strony z ofertami pracy, snucia się między sypialnią a kuchnią).

Wiecie, było dobrze, dopóki nie wróciłam do Gdańska. Bo od dwóch tygodni moimi kompanami są tylko pies i dwa koty, które owszem kocham, ale nie zastąpią mi ludzkiego towarzystwa. Dlaczego więc wróciłam? Bo muszę pozbierać swoje życie do kupy. Sprzątnąć mieszkanie, odmalować ściany, posegregować tysiące rzeczy, które gromadziłam przez lata, oddać/sprzedać te zbędne (wiecie, ilu książek się teraz pozbędę?), wybrać te najpotrzebniejsze graty i upchać je do swojej Kii Sportage. Tak, podjęłam męską decyzję. Nie będę dłużej mieszkać w Trójmieście. No chyba że nagle ktoś zadzwoni i powie mi, że jestem niezbędna na stanowisku ilustratora/grafika w ich firmie (co by zszokowało mnie bardziej niż to, że w Gdańsku szukają głównie specjalistów od spraw sprzedaży – serio, wiem, co mówię – odświeżam pracuj.pl średnio co godzinę).

Co mnie tak w tym Gdańsku wkurza, że mimo wygodnego mieszkanka w super lokalizacji, chcę stąd uciec? Nic mnie nie wkurza, ale nic tu nie trzyma. Zupełnie nic. Nie było mnie tu 3 miesiące, nie tęskniłam i Gdańsk za mną nie tęsknił. Wiecie, że jeżeli przestanie się pisać pierwszemu do znajomych, to w 90% oni sami się nie odezwą?

No ale dobra, dobra. Ten wpis nie miał być w tonie pesymistycznym, narzekającym, a jak do tej pory nic innego niż biadolenie się tu nie pojawiło. No bo, gdy już myślałam, że nic mnie bardziej nie dobije, to popsuła mi się pralka i padł akumulator w samochodzie (powinnam mieć kartę stałego klienta w iTaxi, które zawsze ratuje mnie w takich sytuacjach). Mogłabym załamać ręce, usiąść na krawężniku i płakać w niewygodną maseczkę, którą rząd każe mi uparcie nosić, a przez którą mam uczulenie i czerwone plamy na całej twarzy. Nie zrobię tego. W zamian za to pójdę z psem na długi spacer, odpocząć psychicznie i nie myśleć o tym wszystkim, co mnie czeka, albo i nie jest mi pisane.

Nie byłabym sobą, gdybym nie próbowała znajdować rozwiązań w trudnych sytuacjach. Już to chyba pisałam, ale tak właśnie jest ze mną. Wpadam w histerię, płaczę cały dzień, a następnego poranka postanawiam znaleźć sposób na wyjście z tego syfu. Jestem działaczem. Tyle że wrażliwym (nie chcecie mieć dziecka artysty, przysięgam).

No więc, postanowiłam spojrzeć na pozytywne aspekty pandemii, tego co się teraz dzieje z moim życiem i tego co się przez to z moim życiem będzie działo. No więc po kolei.

Mam mieszkanie do wynajęcia

W końcu podjęłam tą decyzję! Jak wiecie, zwlekałam z nią strasznie długo. Coś mnie jeszcze tu trzymało, jakieś sentymenty i wygoda, ale pandemia uświadomiła mi, że nie chcę samotnie tkwić w moim m3 i zastanawiać się nad tym, czy coś w końcu mnie w Gdańsku zatrzyma. 100cznio będę tęsknić za cydrami u ciebie, byłaś najlepszym, co mnie w tym mieście spotkało!

Uporządkowałam swoje graty

No dobra, jeszcze nie do końca. Takiego chaosu w swojej chacie nigdy nie miałam. W końcu jednak postanowiłam wystawić na vinted ciuchy, w które już się nie mieszczę (nie ukrywajmy już nie jestem i nigdy nie będę deską, w końcu zamieniłam się w kształtną kobietę). Postanowiłam też sprzedać kurzące się ciągle książki. Kiedyś nie umiałam się bez nich obyć, ale teraz doszłam do wniosku, że skoro chcę być mobilna i przenieść swoje życie o kilkaset kilometrów, to nie będę ciągnąć ze sobą obyczajówek, do których już nigdy nie wrócę. Nadal segreguje rzeczy. Wiecie że mam potężną kolekcję Wysokich Obcasów, w której są numery nawet z 2002 roku? Te sterty leżą u mnie w sypialni na parapecie i nikt do nich nie zagląda, ale z sentymentu ciężko mi się ich pozbyć. Nadszedł ten czas. Dzięki korona, sprzątasz mi chatę.

Wysłałam portfolio do wydawnictw

Och tak, nigdy nie czułam się na tyle dobra, by to zrobić. Tym razem pomyślałam, raz się żyje. Napisałam krótkiego maila o sobie i swoich osiągnięciach, załączyłam plik PDF i czekam na pracę. Nawet jeśli nikt mi nie odpisze, to jestem o krok do przodu. Gdyby nie korona, pewnie zwlekałabym z tym do 2034 z myślą, że ciągle muszę coś w tym portfolio poprawić. Założyłam też profil na LinkedIn i wysłałam maile do różnych agencji reklamowych. Ej, serio mam ochotę na pracę w agencji. Nie dlatego że mam mało zleceń przez pandemię, ale jeszcze przed nią, chciałam wrócić do ludzi i… chcę się rozwijać, nauczyć czegoś nowego, poznać nowe osoby, wyjść z biura w domu do biura na mieście, stać w korkach, pić kawę w pokoju socjalnym i mieć odrobinę „normalnego życia”. A przy okazji, chcę zarobić pieniądze, które będą moją poduszką finansową na następny martwy okres w branży. Znacie jakąś firmę, która poszukuje kreatywnej, zabawnej (na swój sposób) osoby, która ożywi atmosferę w biurze i przy okazji odwali kawał dobrej roboty?

Dowiedziałam się, co chcę w życiu robić

Nie napiszę co, bo zazwyczaj gdy piszę lub mówię głośno o swoich planach, to nie wypalają (w grudniu napisałam post o miejscach, które odwiedzę w 2020 i z żadnego wyjazdu nic nie wyszło). W każdym razie, szukając nowej pracy, znalazłam kilkanaście ogłoszeń, w których obowiązki totalnie przypadły mi do gustu. Postanowiłam iść na kurs i uzupełnić swoje umiejętności i wiedzę. Nie będzie to przebranżowienie, a upgrade. Będę mogła pracować jako ilustrator i w podobnej branży gratis. Nie wiedziałam, że tak mogę, dopóki z przymusu nie zaczęłam przeglądać ofert pracy.

Nauczyłam się robić zakupy spożywcze

O ile w sklepach z ciuchami czułam się jak ryba w wodzie, to w Lidlu czy Biedronce zawsze czułam się zagubiona. No ale, nastała pandemia, kolejki, ryzyko zarażenia i musiałam ograniczyć częstotliwość wpadania po produkty spożywcze do Żabki, czy innego ABC. Dwa tygodnie temu, przed przyjazdem do Gdańska, zrobiłam jedne wielkie zakupy i od tamtej pory tylko raz weszłam do sklepu po chleb. To dla mnie nowe odkrycie, że mogę kupić jedzenie na tak długi okres czasu, wykorzystywać codziennie to co mam w lodówce i nie poddawać się swoim zachciankom. Jem zdrowiej (w końcu gluten nie rządzi moim życiem – nie puchnę już na twarzy), a i nie zamawiam też jedzenia na dowóz. Chciałabym bardzo wspierać ulubione restauracje, ale zupełnie mnie na to teraz nie stać (nie wiadomo, kiedy będę mogła wrócić do pracy dla firm, która przynosiła mi największe zyski). To ja jestem jednym z tych biznesów, który potrzebuje wsparcia, ale do dziś bałam się o tym chociażby pisnąć. Ta moja duma. W końcu się przełamałam i dodałam post, w którym proszę o minimalne wsparcie (proszę, nie zmuszam) i nie że tak za darmo. Opublikowałam na Etsy kilka tańszych plakatów do samodzielnego wydrukowania w domu. Może te osoby, które nie straciły płynności finansowej, będą miały ochotę powiesić sobie, któryś z moich plakatów na ścianie. No właśnie, dzięki koronie w końcu znalazłam czas na próbę wygenerowania dochodu pasywnego (bo nie ukrywajmy, taki jest dosyć istotny przy prowadzeniu kreatywnego biznesu).

Znowu przekonałam się, że moi przyjaciele są cudowni

To normalne, że przyjaciele chcą pomagać, ale ja w stresie zamykam się w sobie i nie chcę nikomu mówić, że mi źle i że potrzebuję pomocy. Nie ustali, gdy mówiłam, że nie chcę gadać. Dzwonili i byli przy mnie, gdy tego najbardziej potrzebowałam. Spędziłam też sporo czasu z siostrą na jej końcu świata. Wypiłyśmy kilka win (tak, czasami daję sobie dyspensę na alkohol, chociaż zdarza się to coraz rzadziej) i obie wspierałyśmy się wzajemnie. Kolejny raz przekonałam się, że moi ludzie, to najlepsi ludzie na świecie. Cieszę się, że niedługo będę bliżej nich i nie będę musiała umawiać się z nimi na skype, a zwyczajnie wyjdziemy na kawę lub spacer z Kluską (bo Kluska rzecz jasna też się cieszy na wyprowadzkę z Trójmiasta).

Na wielkie brawa zasługuje też mój sąsiad, który przez trzy miesiące pilnował mojego pustego mieszkania, mimo że go o to nie poprosiłam. Raportował z jaką częstotliwością i kto je odwiedzał. Mam nadzieję, że w nowym miejscu zamieszkania też będę miała spoko sąsiadów.

I żyła długo i szczęśliwie

Na koniec postanowiłam nie przejmować się całą tą sytuacją. Wiem, wiem, nie tylko ja mam problemy. Moje wynikają z mniejszej ilości zleceń i tkwieniu samotnie w domu. Wiem, że upadają duże firmy, a celebrytki nie mogą promować się na ściankach. Każdy ma swoją prywatną tragedię. Chciałam wylać swoje żale i sama sobie tym dać kopa, motywację. Bo wiecie co? Moillu to moje dziecko, które przetrwa ten kryzys i jeszcze się rozwinie!

P.S. Ulubione w tym tygodniu nie pojawia się na blogu, bo mało ulubionych znajduję w tej sytuacji. Jak moje życie wróci do normy, zacznę znowu regularnie publikować ten cykl.