Śniadanie w Alzacji

Obudziłam się dziś o 6 i gdy spojrzałam za okno, zobaczyłam za nim pochmurne niebo. Jest początek maja, wczoraj był upał, dziś pogoda oszalała i przypomina jesienną szarugę. Usiadłam z kubkiem kawy przy stole i postanowiłam wyobrazić sobie czasy wydające się odległe, gdy mogliśmy swobodnie wychodzić z domów. Od razu na myśl przyszedł mi Colmar we Francji, który odwiedzałam całkiem niedawno, zimą.

Mam słabość do miejsc, w których czuć ducha historii. Takich, w których człowiek nie postawił nowoczesnego, szklanego budynku w sąsiedztwie średniowiecznej kamienicy. Uwielbiam spacerować wąskimi uliczkami, spoglądać na stare mury i zdobienia budynków. Mam wtedy wrażenie, że jestem w bajce. Czułam to, gdy ze Strasburga dojechałam na dworzec w Colmar (który swoją drogą jest bliźniaczym projektem tego w Gdańsku, ale o tym w oddzielnym wpisie). W tym mieście, położonym we francuskim rejonie Alzacja, nie można oderwać wzroku od szachulcowych domów, pięknych zdobień, wąskich uliczek. Wyraźnie czuć tam mieszające się z kulturą francuską wpływy Niemiec, do których przez jakiś czas ten rejon należał. A co jest najciekawsze? Mimo że na Pintereście krąży cała masa zdjęć z tego miasta, nie ma tam (jeszcze) tłumów! Po tłocznym Strasburgu, Colmar wydaje się rajem dla turysty, który tak jak ja, nie znosi przeludnionych miejsc.

Do Francji pojechałam z Natashą – dziewczyną, którą poznałam w Gdańsku, widziałyśmy się zaledwie raz w życiu, ale obie lubimy podróżować, więc postanowiłyśmy ruszyć razem w drogę. Colmar był jej pomysłem. Biorąc pod uwagę, że wyjechałyśmy tam w grudniu, w czasie, w którym miałyśmy całą masę wydatków, nocleg postanowiłyśmy znaleźć na tańszym od wszystkiego innego AirBnb. Znalazłam tam napisane po francusku ogłoszenie i wynajęłam nam ładny pokój w domu starszego małżeństwa. Mogłyśmy zameldować się o wygodnej godzinie, więc prosto z dworca ruszyłyśmy pod wskazany adres. Właścicielka domku, przekazała nam klucze, pokazała pokój i powiedziała, że śniadanie podaje do godziny 9. To było największym zaskoczeniem dla nas dwóch. Nie przetłumaczyłam całego ogłoszenia i nie miałam pojęcia, że rano zjemy francuskie śniadanie w wynajętym domu.

Nie miałyśmy planu zwiedzania, chciałyśmy zobaczyć świąteczne jarmarki (taki był cel naszej tygodniowej podróży po Francji i Niemczech, ale o tym napiszę bliżej świąt). Od naszej hostki wzięłyśmy mapę miasta i ruszyłyśmy w kierunku Małej Wenecji (Petite Venise – jak pięknie to brzmi po francusku). Gdy tylko dotarłyśmy na miejsce, obie prawie umarłyśmy z radości. Colmar okazał się miejscem z marzeń, takim, do którego obie chciałyśmy dawno trafić.

Swoją francuską przygodę zaczęłyśmy od typowego obiadu w Colmar. Natasza zamówiła pizzę, która okazała się lokalnym przysmakiem, a jej głównym składnikiem była… cebula. Do tego dodano sos śmietanowy, a całość posypano orzechami włoskimi. Spróbowałam, to zdecydowanie nie jest mój smak.

Spacerowałyśmy po małych uliczkach, zaglądałyśmy do sklepów z rękodziełem, pamiątkami i innymi pięknymi rzeczami. Ślinka nam ciekła na widok makaroników w kolejnych kawiarniach. Jadłyśmy gofry z bitą śmietaną kupione na jednym ze stoisk jarmarku.

Chciałyśmy zobaczyć kopię nowojorskiej Statuy Wolności, bo jak dowiedziałyśmy się będąc już tam na miejscu, Frédéric Auguste Bartholdi autor tej rzeźby urodził się właśnie w Colmar. Zrezygnowałyśmy jednak z tej wyprawy, by w zamian za to pójść do Muzeum Underlinen, gdzie podziwiałyśmy między innymi Picassa.

Colmar zachwycił mnie swoją magią, ale najmilszym wspomnieniem okazało się śniadanie, którego wcale się nie spodziewałyśmy. Tuż przed 9 zeszłyśmy do kuchni, gdzie właścicielka domu, kobieta po sześćdziesiątce, albo nawet siedemdziesiątce, przygotowywała grzanki dla nas. W jej domu w tym samym czasie zatrzymała się również para Francuzów w podobnym do właścicielki wieku. Wszyscy usiedliśmy przy okrągłym stole. Dostaliśmy ceramiczne miseczki, w które nalano nam kawę. Okazało się, że właścicielka, która sama je wykonywała i ozdabiała, miała taką tradycję w domu. Kawę i herbatę piło się u nich z ceramicznych miseczek, nigdy z kubków lub filiżanek. Jadłyśmy tosty z miodem i prowadziłyśmy rozmowę w kilku językach. Para francuzów prawie wcale nie mówiła po angielsku, znali za to kilka słów po polsku i rosyjsku. Natasza porozumiewała się z nimi odrobinę po niemiecku. Gdy z właścicielką rozmawiali po francusku, ja umiałam wyłapać znaczenie niektórych słów i zdań. To było piękne. Gdzieś we Francji, w małym miasteczku, jadłam przepyszne tosty, piłam pyszną kawę w nienaturalny dla mnie sposób i prowadziłam miłą rozmowę, mimo barier językowych z osobami, które były w wieku moich dziadków. Dla takich wspomnień podróżuję.

Tagi: