Nie trafiłam do klubu 27

Nigdy, przenigdy nie miałam takiej blokady twórczej na pisanie. Zdarzało się, że nie mogłam nic narysować, ale pisanie? Znaki pojawiające się we wpisach na moim blogu wychodziły spod moich palców automatycznie. Zapisywałam swoje luźne myśli, a właściwie one same się zapisywały, jakby to co mam w głowie samo, intuicyjnie przelewało się na klawiaturę. Aż do teraz… pojawił się pomysł na wpis i… nie mogłam nic z siebie wykrzesać – przez kilka dni.

23 maja 2020 roku skończyłam 28 lat i jest to dla mnie data dosyć znacząca. Jest to dziesiąta rocznica mojej osiemnastki, która niestety nigdy nie będzie dla mnie dobrym wspomnieniem. Już dwa tygodnie przed urodzinami chodziłam nerwowa i nie chciałam nawet myśleć, że to już niedługo, że jeszcze broń Boże, ktoś będzie o nich pamiętał i nie będę mogła spędzić ich w domu, leżąc cały dzień w łóżku, czytając książkę z wyłączonym telefonem wyrzuconym w kąt. Chciałam udać, że ten dzień nie istnieje, wykreślić go z kalendarza, jakoś przeżyć i zapomnieć. Tak się jednak nie stało. Moi bliscy nie pozwolili mi być samą i teraz, mimo moich wstępnych wielkich planów o wielkiej samotni na ten dzień, cieszę się, że zbuntowali się na myśl, że mogę nie chcieć spędzić urodzin z nimi.

Tuż po północy odetchnęłam, bo minęły, a ja nie trafiłam do klubu 27. Nie dołączyłam do Kurta czy Amy i teraz jak Horacy mogę żyć wiecznie. Bałam się, że swoim ciągłym mówieniem wszystkim wkoło (i to od wielu lat), że jestem gwiazdą rocka, automatycznie załatwię sobie członkostwo w owym klubie i umrę (za)młodo. Odetchnęłam z ulgą, bo okrągłe rocznice beznadziejnych wydarzeń w moim mniemaniu są jakoś bardziej znaczące i ucieszyłam się, że już po niej, dziesiątej rocznicy, że mogę wrócić do porządku dziennego, przestać rozmyślać, być dawną radosną mną.

Może dlatego nie udało mi się nic więcej napisać, może stąd blokada. Nie jestem jeszcze gotowa, by poruszać różne tematy publicznie, chociaż może dla dobra siebie i innych postanowię kiedyś zabrać głos i opisać swoje stanowisko w sprawie nieudanych osiemnastek. Nikomu się takie nie należą!

Udało mi się za to coś innego. Udało mi się narysować swój autoportret, w którym zawarłam wszystkie uczucia i bolączki. Nie jestem gotowa, by pokazać wam wersję właściwą, ale zrobiłam wersję łagodniejszą, która jest równie estetyczna i naładowana moimi uczuciami tak jak ta poprzednia. Szkoda więc by było, gdybym poddała się i nie napisała nic z okazji moich urodzin, skoro kilka dni przed nimi, narysowałam ilustrację do tego wpisu. Mówi ona o mnie więcej niż słowa. To nowość w moim życiu.

Tagi: