#LIFEUPDATE Wyprowadziłam się z Polski (chyba) na zawsze!

Biorę głęboki wdech. Siadam na łóżku (tymczasowo nie mam biura, a tym bardziej biurka), kładę na kolanach wysłużonego laptopa i przymierzam się (setny raz), by w końcu coś tu napisać. Długo milczałam. Zniknęłam z social mediów i bloga. Jak to? Co się ze mną działo? Nie muszę się tłumaczyć, ale chcę dać znak, że żyję. I że małymi kroczkami (w przeciwieństwie do przeszłości, w której lubiłam nieustannie działać) wracam do pracy ilustratorskiej, co za tym idzie wznawiam działalność blogerską.

Gdy w sierpniu pakowałam swoje ciuchy, książki, meble i inne przedmioty, które gromadziłam przez kilka ostatnich lat mieszkania w Gdańsku, nie wiedziałam, co mnie czeka, gdzie trafię, z kim i gdzie będę mieszkać. Wiedziałam tylko, że im szybciej ogarnę najważniejsze sprawy, tym szybciej zmienię swoje życie. Wiedziałam, że odpocznę – tak, potrzebowałam spokoju. Nie zaskoczę nikogo pisząc, że moje zmęczenie było spowodowane pandemią i związanym z nią stresem. Straciłam ważne zlecenia, straciłam główne źródło dochodu, straciłam stabilizację i (co prawda tylko na chwilę, ale znowu) wiarę w siebie i swoje marzenia. Nie chciałam się poddawać, to nigdy nie leżało w mojej naturze, jednak wiedziałam, że jeśli na chwilę się nie zatrzymam, stracę motywację na zawsze. Wyjechałam, by nauczyć się nowych rzeczy, przekonać się o tym, co jest dla mnie ważne i przede wszystkim, czy w końcu odważę się na coś więcej niż życie w swojej strefie komfortu. Przekraczając granice Polski, tak naprawdę przekroczyłam granicę własnych (często nieuzasadnionych) obaw.

14 sierpnia wylądowałam na lotnisku w Eindhoven. Kilka dni wcześniej kupiłam bilet w jedną stronę, bo jedyne czego byłam pewna to to, że prędko nie wrócę do Polski. Z dwiema walizkami wsiadłam do samochodu, którym dotarłam do Tilburga. Tymczasowo mieszkam właśnie w tym holenderskim, niezbyt znanym mieście. Jest to wybór dość zaskakujący, jak na osobę, która uwielbia wielkie metropolie. Tilburg jest niewielki (przynajmniej taki się wydaje), a teraz, w czasach pandemii zupełnie nic się w nim nie dzieje. Czasami mam nawet wrażenie, że nadal jestem w swojej ojczyźnie, bo język polski słychać tu na każdym rogu. Ba, gdy tylko mam ochotę na swoje ulubione wafelki (torcikowe od Wedla) mogę skoczyć do Prosny (jednego z wielu polskich sklepów) w Westermarkt i zwyczajnie je kupić. Życie tu jest zupełnie inne niż te, które prowadziłam w Budapeszcie, gdy nieustannie tęskniłam za pierogami i majonezem Winiary, którymi tak naprawdę nigdy wcześniej się nie zajadałam. Uciekłam z Polski, ale spotykam Polaków dosłownie wszędzie. Co prawda, nie planuję tu mieszkać dłużej niż rok, to tylko pierwszy przystanek mojej podróży, ale uznaję go za całkiem dobry wybór. Dobry ze względów ekonomicznych. Utrzymanie w małej holenderskiej miejscowości nie jest tak obciążające finansowo, jak mogłoby być np. w Amsterdamie. Cierpi tu więc jedynie moja ciągle łaknąca przygód dusza, jednak w tym samym czasie odpoczywam psychicznie. Postanowiłam przeczekać tu burzę, a później? Kto to wie? Pandemia nauczyła mnie, by niczego już nie planować, ale też by nie przestawać marzyć.

No dobra, ale co robię w swoim nowym niderlandzkim życiu?

W rytm lecącej w moich słuchawkach Floated By (Peter Cat Recording Co.) jeżdżę wypożyczonym rowerem po mieście, gubię się wśród ulic pełnych identycznych domków, zaglądam ludziom w okna i zachwycam się tym, że każdy (no prawie każdy) ma tu ładnie urządzone mieszkanie. Oglądam witryny sklepów pełne estetycznych dodatków, kartek okolicznościowych, tekstyliów. Kupuję ulubione jedzenie na wynos i jem je nad kanałem (jest to głównie kuchnia azjatycka, grecka i włoska – niderlandzki kibbeling jednak mnie nie przekonuje). Wkurzam się na nieustający deszcz i silne wiatry, ale też cieszę się każdym promykiem słońca, który pojawia się tu od święta. Przywykłam już do przemoczonych ubrań, nadal nie kupiłam kurtki przeciwdeszczowej, żeby nie zostać tu za długo. Wyszukuję staroci w kringloopach, czyli tutejszych sklepach z wszystkim co używane – od ciuchów, mebli, po gry, zabawki dziecięce i najróżniejsze rzeczy, których ktoś się kiedyś pozbył. Co tydzień wychodzę z nich z kolejną książką po angielsku kupioną za mniej niż dwa euro. Czytam je później wieczorami, by poprawić swój angielski. Zaczynam też mówić w innych językach, bo wśród całej masy nowych znajomych, których tu poznałam mam między innymi swoich amici italiano, którzy uczą mnie czegoś więcej niż tylko przekleństwa (naukę hiszpańskiego zaniechałam, bo jednak bliżej mi do pizzy i pasty niż do tortilla de patatas). Chodzę na randki z moim przystojnym chłopakiem, głównie na ramen to go, bo pandemia zamknęła nam kina i restauracje. Odwiedzamy naszych przyjaciół, pijemy wino i rozmawiamy o dorosłym życiu. Przyjaciół dzięki, którym się znamy.

Poznaję bratnie dusze, z którymi do końca życia będą łączyć mnie wspomnienia. Z jedną z nich podróżuję po całych Niderlandach. Gdy tęsknimy za morzem, jedziemy do okolic Hagi, gdy chcemy zobaczyć piękny wschód słońca budzimy się o piątej rano w niedzielę, by później zgubić się w trasie i w ostatniej chwili dojechać do parku narodowego z wydmami. Wspominamy wystawy, na które mogłyśmy chodzić, gdy muzea były otwarte, a sobotnie popołudnia spędzałyśmy w De Pont. Gramy w Mario, grę, w której zawsze byłam (i nadal jestem) kiepska.

Przywykłam już do kwaśnego zapachu palonej marihuany, który nieustannie czuć na ulicach. Nie zaglądam jednak do Coffee Shopów, gdzie legalnie mogłabym kupić gram lub dwa np. white widow. Nigdy nie przepadałam za uczuciem po spalonym joincie. Podobno tutaj wszystko smakuje inaczej, jednak nadal nie jestem gotowa na taką przygodę. Wolny czas staram spędzać się produktywnie, więc znowu godzę się z farbami i zaczynam malować obrazy (farbami, na płótnie – to zupełna nowość). Rysuję to, na co mam akurat ochotę, bo prawie nie przyjmuję zleceń – jednak nie odrzucam swojego talentu, pragnę go jakoś rozwinąć. Ciągle szukam swojej drogi, środka przekazu. Próbuję, tyle że w nowym miejscu na ziemi. Ot, update mojego życia.

Opublikował/a

Urodziłam się z poczuciem, że powinnam być gwiazdą rocka. Próbuję żyć w ten sposób, mimo braku muzycznych talentów. Zarabiam na życie rysując, fotografując i pisząc. Odpoczywam w pracy. Podróżuję, by odkrywać świat i siebie. W torebce zawsze mam jedną lub dwie książki, od których nie mogę się oderwać. Nie poznaję ludzi na ulicy, bo głowę mam zawsze w chmurach.

9 myśli w temacie “#LIFEUPDATE Wyprowadziłam się z Polski (chyba) na zawsze!

  1. Ale mi się to dobrze czytało 😁
    Jestem w Holandii łącznie ponad 10 miesięcy i moja perspektywa na ten kraj jest tak całkowicie inna 😂 Jestem tu dla pracy, która pochłania 95% mojego czasu poza snem. Dwa lata temu jak tu byłam zwiedziłam bardzo dużo, a teraz… a teraz, od 1,5 miesiąca, od kiedy znów tu jestem, pracuję tylko na nocki i nic nie widzę poza magazynem na którym pracuję, siłownią i pokojem. Mam nadzieje pożyć tu bardziej, jak Ty.
    Ps. Bawi mnie fakt, że w Polsce miałyśmy do siebie ponad 500 km, a tutaj 50 😁

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s