Pół roku w Niderlandach!

Za dokładnie 14 dni minie pół roku, od kiedy jestem emigrantką. Od tego pół roku ani razu nie odwiedziłam Polski, ani nawet nie wyjechałam poza granice Holandii. Oczywiście, wszystko to z prozaicznych powodów. Od dłuższego czasu planuję odwiedzić rodziców, zabrać z Polski swój samochód (Czemu nie przyjechałam samochodem od razu? Nie wiem.), pojechać na krótkie wakacje do jednego z pobliskich krajów, no ale… Mamy pandemię. I właśnie przez tego cholernego wirusa moje życie w Holandii najprawdopodobniej jest zupełnie inne, niż mogłoby być w innych, niepandemicznych czasach.

Czy jestem zadowolona ze zmiany? I tak i nie. Znajduję pozytywy mojego wyjazdu, ale coraz więcej negatywów. I nie, mimo wszystko nie planuję powrotu do Polski w najbliższym czasie. Zdaję sobie sprawę, że negatywy wynikają z przyczyn niezależnych ode mnie. Jestem niemalże pewna, że pokochałabym swoje życie poza granicami Polski, gdyby nie obostrzenia i wynikające z nich ograniczone możliwości np. zwiedzania, rozwijania się artystycznie, czy udzielania społecznie. To przecież nie pierwszy raz, gdy mieszkam w obcym kraju. W Polsce, w niektórych sytuacjach czułabym się pewnie podobnie.

Jeśli zastanawiasz się nad wyprowadzką do Holandii, nie przyjmuj mojej krytyki w wielu aspektach zbyt poważnie. No właśnie – z natury jestem osobą, która wysoko stawia poprzeczkę, i standardy życia, które odpowiadają mi, innym często wydają się wygórowane. Mam prawie trzydzieści lat i wyrobione zdanie na różne tematy. Jestem też cholernie wygodną osobą, a w Holandii, przyznaję bez bicia, nie jest mi zbyt wygodnie. Nie wiem, jak było tu w 2019 roku, nie wiem, jak żyłabym tu w innych czasach. Wiem, że moje ostatnie pół roku, nie było tak owocne, jak tego chciałam. Jednak nie jest to zmarnowany czas. Wręcz przeciwnie: będę miała całą masę dobrych wspomnień z tego okresu życia, a i też kilka cennych lekcji.

Jak tu się mają sprawy pandemii?

Gdy przyjechałam tu w sierpniu nikt nie nosił maseczek – były obowiązkowe jedynie w komunikacji miejskiej i środkach publicznego transportu. Wszystkie restauracje, muzea, siłownie i inne miejsca publiczne były otwarte. Jedynymi utrudnieniami w korzystaniu z nich były: częsty obowiązek wcześniejszej rezerwacji lub podanie swoich danych osobowych na wejściu – czyli nadal mieliśmy w miarę swobodny dostęp do życia publicznego. Wczesną jesienią piłam piwo w pubie, jadłam obiady w restauracjach i chodziłam do różnych muzeów. Zamknięto wszystko stosunkowo niedawno, bo dopiero dwa miesiące temu. I niewiele wcześniej wprowadzono nakaz noszenia maseczek w sklepach. W większych miastach Holandii maseczki należy nosić również w centrum i miejscach, gdzie przebywa większa ilość osób. W Tilburgu nie trzeba zakrywać twarzy przebywając na świeżym powietrzu. Najgorsze obostrzenia zaczęły się w drugim tygodniu grudnia, gdy wprowadzono lockdown. Zamknięto wszystkie sklepy (z wyjątkiem supermarketów i drogerii), które wcześniej funkcjonowały niemalże normalnie (co prawda wtedy przy wejściu do każdego podawano informacje, ile osób może znajdować się w nich jednocześnie, ale nie widziałam gigantycznych kolejek, takich, jakie widywałam w Polsce). W tym samym dniu zamknięto siłownie, muzea, salony tatuażu, salony fryzjerskie, kosmetyczne i inne miejsca publiczne. Lockdown trwa do dziś, sklepy otwarte są krócej, a od jakiegoś tygodnia mamy tu godzinę policyjną. Nie możemy wychodzić z domów w godzinach 21:00 – 6:00. Jedynymi wyjątkami są spacery z psem i wyjście do pracy. Za złamanie zakazu grozi kara 95 euro. Nie pamiętam od kiedy, ale jeszcze w 2020, wprowadzono też limit gości, których można zapraszać do domu. Nie pamiętam też ilości dopuszczalnych osób. Pamiętam, że za złamanie zakazu groziło 400 euro kary na każdą osobę przebywająca w mieszkaniu. Nie jestem jednak pewna, czy zakaz ten był jakkolwiek kontrolowany. Nie znam ani jednej osoby, która go przestrzegała i takiej, która została za to ukarana. Pardon, ja nigdy nie zaprosiłam nadprogramowych osób do swojego wynajmowanego lokum. Dla entuzjastów marihuany, najcięższym z obostrzeń, mogło okazać się zamknięcie coffee shopów. Oczywiście nie zupełnie. Dawniej, można było w nich spędzać czas, teraz jedynie kupować legalne narkotyki.

Jak się to ma do mojego życia?

Dopóki było ciepło, nie narzekałam. Teraz, gdy pogoda nie sprzyja spacerom, umieram z nudy. Wcześniej często jeździłam rowerem po okolicznych pięknych miejscach, teraz przy wietrznej pogodzie, wybieram czytanie książek na kanapie pod ciepłym kocem. Nie zachęcają mnie nawet wycieczki do piękniejszych miast Holandii, bo spacerowanie, po co prawda pięknych miastach, bez możliwości ogrzania się w kawiarni, czy zjedzenia obiadu na miejscu, nie brzmi zachęcająco. Do tej pory celem moich podróży było zaglądanie do muzeów i podziwianie sztuki, której tu w Niderlandach nie brakuje. Jednak nie chcę jechać do Hagi, skoro nie mogę zobaczyć Damy z Perłą Vermeera w Muzeum Mauritshuis. Czekam więc cierpliwie, aż wirus przestanie szaleć, a życie wróci do normy.

Przez pandemię nie mam też możliwości poznania nowych osób. Jak już nie raz wspominałam, nie jestem fanką internetowych znajomości, wolę kontakt w realnym świecie, ale ten tymczasowo jest zamknięty. Garstka osób, które poznałam na początku mojego pobytu tutaj, też się rozleniwiła i nie widujemy się zbyt często. Zresztą, godzina policyjna zupełnie zablokowała możliwości spotykania się wieczorami.

Jakie problemy miałam po przyjeździe?

Zdecydowanie największym problemem dla mnie jest (nadal!) znalezienie mieszkania na wynajem. Ostatnio zaniechałam poszukiwań (bo postanowiłam wyjechać z Tilburga, ale o tym w przyszłości). Można powiedzieć, że się poddałam, bo nie miałam do tego cierpliwości. Wydaje mi się, że gdybym od razu mogła mieszkać w studiu, tylko z Kluską, mój pobyt tutaj byłby pozytywniejszy. W tym momencie wynajmuję pokój w mieszkaniu, blisko centrum, jednak nie sama, a z dwoma innymi osobami. Ich obecność mi nie przeszkadza, jednak to zupełnie inne życie, niż te, które znałam do tej pory. W Gdańsku byłam zawsze u siebie, w przestronnym mieszkaniu dwupokojowym, które dzieliłam jedynie ze swoim psem i kotami. Mam prawie 30 lat i swoje przyzwyczajenia, no wiecie, jestem wygodna. Obecnie przepłacam za swoje lokum, płacę za nie kilkaset euro miesięcznie, a w zamian na start dostałam pokój z oknem wychodzącym na klatkę schodową (każdy, kto nią przechodził, mógł zajrzeć w moje okno i moją przestrzeń), który nie miał grzejnika. Ogrzewałam się farelką. Koszmar. Na szczęście w tym momencie zamieniłam się pokojami i moja przestrzeń awansowała o jakieś dwa metry kwadratowe, okno bez balkonu i intruzów i wymarzony grzejnik. Po prostu po jednej stronie mieszkanie nie jest ocieplane, po drugiej już tak. Dlaczego w nim mieszkam? To była jedyna opcja na start, a znalezienie mieszkania w Holandii nie jest proste. Po pierwsze, są one dosyć drogie: 350-500 euro za pokój w mieszkaniu/domu z innymi współlokatorami, od 700 do ok. 1000 euro za studio. Jestem skłonna zapłacić więcej za komfort, jednak… na każde wolne mieszkanie jest cała masa innych chętnych. Najłatwiej jest wynająć mieszkanie za pośrednictwem maklerów (to dodatkowy koszt, mniej więcej 200 euro opłat za sprawy formalne). Na start trzeba przygotować sporą gotówkę na depozyt (ok. 1000 euro to minimum), list motywacyjny ze zdjęciem i uzbroić się w cierpliwość. Właściciel, albo makler umawia potencjalnych chętnych na wynajem (zazwyczaj w liczbie 30) na oglądanie mieszkania (zazwyczaj tego samego dnia), a po tej wizytacji, osoba, która wygra kasting, może odebrać klucze. Umowy wynajmu zazwyczaj podpisuje się na co najmniej rok. Właściciele często wymagają okazania kontraktu poświadczającego stałe zatrudnienie, a i wyciągów z konta, udowadniających płynność finansową. No i często w odpowiedzi na zapytanie o wynajem można usłyszeć: dutch only.

Myślałam, że to funkcjonuje w ten sposób tylko w Tilburgu i innych mniejszych miastach. Myślałam, że to dlatego, że w mniejszych miastach jest mniej mieszkań. Jednak ostatnie wieczory spędziłam na czytaniu blogów prowadzonych przez osoby, z rożnych części świata, które przeprowadziły się do tego kraju. W Amsterdamie, jak i innych większych miastach problem jest podobny. Moi znajomi znaleźli mieszkania przez polskich maklerów, za które niestety płacą krocie. Ja nasłuchałam się, że często są z nimi problemy. Jak jest w rzeczywistości? Nie wiem, nie próbowałam tego rozwiązania, bo jak już pisałam, przestałam szukać. Przecierpię jeszcze chwilę w swojej klitce i ruszę dalej w świat.

Kolejne problemy, które są dla mnie uciążliwe to dosyć prozaiczne sprawy. Po pierwsze, tu ciągle pada, często wieje i prawie nigdy nie jest słonecznie. W Holandii nauczyłam się nosić odzież termoaktywną, by chronić swój mało odporny organizm przed przeziębieniami. Świetnie jeździ się tutaj rowerem, cały kraj jest przystosowany do tego środka transportu, jednak komunikacja miejska kuleje. Często do miejsca docelowego według google maps droga komunikacją miejską zajmuje tyle samo czasu co rowerem. Z wielu przystanków trzeba i tak spacerować dziesięć, piętnaście minut do celu. Autobusy kursują między 6 rano, a 23. W Tilburgu nie funkcjonuje Uber, a gdy raz próbowałam zamówić tradycyjną taksówkę, moja misja zakończyła się niepowodzeniem – osoba, która odebrała telefon nie miała chyba największej ochoty przyjechać pod mój blok o 6 rano. Więcej nie próbowałam. Dlatego tak bardzo żałuję, że od razu nie przyjechałam tu swoim samochodem – przyjeżdżając w sierpniu nie wiedziałam, jak długo zostanę, a wiedziałam, że rower ułatwi mi tu życie. Później, gdy chciałam wrócić do Polski, zakazy i nakazy, brak wolnego czasu, totalnie zamknęły mi tą możliwość. Pokochałam rower, ale rower w kombinacji z deszczem i holenderskim wiatrem, to niezbyt dobre połączenie.

W Polsce niemalże wszędzie zapłacisz kartą, tutaj nie. Niderlandy dążą do tego, by być krajem bezgotówkowym, jednak większość lokali, sklepów akceptuje jedynie karty Maestro. Jeżeli planujesz zostać tu dłużej, konieczne będzie założenie niderlandzkiego konta bankowego. Wiele lokali w czasach pandemii nie akceptuje gotówki. Moja karta MasterCard też często jest bezużyteczna. Zawsze trzeba mieć przy sobie gotówkę. Ja nie zawracałam sobie głowy zakładaniem kolejnego konta bankowego. Nie chcę mieć kolejnego rachunku. Nie potrzebuję, przynajmniej na ten moment.

Jedno słowo – j e d z e n i e. Mieszkam w Europie, a jem tu totalnie przetworzone jedzenie. Bardzo ciężko mi tu trzymać zdrową dietę. Tęsknie za pomidorami, które miały smak. Dziwie się, że Holendrzy kupują gotowe puree ziemniaczane i odgrzewają je w mikrofalówce. Robią tak ze wszystkim. Supermarkety toną w kilogramach niepotrzebnego plastiku, w który opakowane są pokrojone owoce, warzywa, a nawet mięso. Wszystko jest praktycznie gotowe do zjedzenia. Wystarczy wrzucić na patelnię, albo odgrzać w mikrofalówce. Dobrze, że przestałam jeść mięso i staram się, by moja dieta była jak najmniej chemiczna, o co tu ciężko. Na szczęście dużo jest tu polskich sklepów, gdzie mogę kupić lepsze produkty.

Największą moja bolączką jednak jest fakt, że znalezienie pracy w moim zawodzie, bez znajomości niderlandzkiego, nie jest proste. Wiem, że jeśli planuje się mieszkać za granicą, wypada uczyć się lokalnego języka. Taki też miałam plan, po przyjeździe tutaj. Jednak po pół roku, wiem, że nie chcę zdobywać tej umiejętności. Z prywatnych pobudek (wolę w te miejsce nauczyć się języka, który przyda mi się w przyszłości). W wielu innych krajach, w międzynarodowych firmach nie ma problemów, jeżeli oficjalnym językiem w firmie jest angielski, a pracownicy takim tylko się posługują. Tutaj znalazłam kilka ofert bezpłatnych staży, jako grafik, z naciskiem, by mówić biegle po angielsku i niderlandzku. Mój kolega Włoch, dla odmiany, pracuje w finansach, w międzynarodowej firmie z biurem w Hadze. Nie musi znać niderlandzkiego. Szkoda, że nigdy nie byłam dobrą ekonomistką. Myślałam, że w zawodzie ilustratora/grafika liczy się portfolio. Pamiętajmy jednak, mamy pandemię, rynek pracy nie jest też taki, jak rok temu. Zdecydowanym plusem pracy w Holandii jest wysokość wynagrodzenia (mimo że podatki są wysokie). Wypłata w euro pozwala żyć na dobrym poziomie, nawet jeśli płaci się wysoki czynsz. Miło jest mieć jednocześnie pieniądze na jedzenie, rachunki i przyjemności. W tym miejscu chciałabym wspomnieć, że w Polsce, gdy zaczynałam swoją dorosłość, najpierw zarabiałam najniższą krajową (w tamtych czasach 1300 złotych netto), później 2500 złotych. Przy dzisiejszej inflacji, umierałabym z głodu z tą pensją i wiem, że wielu moich znajomych i bliskich nadal tyle zarabia. Przeraża mnie brak perspektyw w Polsce, jeśli nie pracuje się w jednej z dobrze płatnych branży. To mniej więcej powód, dla którego celuję w pracę za granicą. Jednak jako freelancer mam ułatwione zadanie, bo mogę pracować z różnych miejsc na świecie, jednocześnie pracując w danym kraju np. na pół etatu w branży, w której lokalny język nie jest wymagany, a ja mogłabym mieć w niej kwalifikacje.

Nie może być przecież, aż tak źle

I nie jest. Gdyby nie zakazy, ograniczenia, i gdybym tylko pokochała ten kraj, a właściwie Tilburg od pierwszego wejrzenia, pewnie przyłożyłabym się bardziej do szukania mieszkania, świetnej pracy. Jednak od samego początku nie mogłam się zdecydować, czy oby na pewno chcę tu być na dłużej. Nie przekonują mnie małe miasta, zwłaszcza, gdy przy lockdownie niewiele się w nich dzieje. Podoba mi się natura i bliskość sielankowych miejsc, ale wolałabym jednak mieszkać przynajmniej bliżej morza. Chciałam przenieść się do Amsterdamu po dwóch, trzech miesiącach, ale w dobie pandemii nic nie idzie zgodnie z planem, na co byłam przygotowana. Później z kilku powodów chciałam tu jeszcze trochę zostać (głównie ze względu na bliskich). Następnie pojawiło się lenistwo, więc zatrzymałam się w miejscu i ciągle zastanawiam się, co dalej. Mam kilka pomysłów, może w końcu któryś z nich zrealizuję. Dałam sobie deadline, którego nie chcę przekraczać. Myślę, że pół roku i kilka dodatkowych tygodni/miesięcy wystarczy mi, by poznać życie w obcym kraju. Zdecydowanym plusem jest to, że w końcu wyszłam ze swojej gdańskiej strefy komfortu, znowu zaczęłam mówić i myśleć po angielsku, mieć kontakt z innymi kulturami. Poza tym, w końcu odpoczęłam psychicznie od presji prowadzenia firmy. Przestałam na chwilę martwić się klientami, którzy nie opłacają faktur na czas, odwołują zlecenia w ostatniej chwili, albo milczą, by wrócić niespodziewanie po pół roku. W Holandii fascynuje mnie też bliskość pięknych miejsc, do których pojadę, jak tylko otworzą się granice. Perspektywa podróżowania, które jest z logistycznego punktu widzenia łatwiejsze dla mnie stąd niż z Gdańska. Podoba mi się, że zrobiłam pierwszy krok i o następny nie jest trudno. Najważniejsze, że jak zawsze mam plan B, a nawet C. Więc wiem, że będzie już tylko lepiej.

Opublikował/a

Urodziłam się z poczuciem, że powinnam być gwiazdą rocka. Próbuję żyć w ten sposób, mimo braku muzycznych talentów. Zarabiam na życie rysując, fotografując i pisząc. Odpoczywam w pracy. Podróżuję, by odkrywać świat i siebie. W torebce zawsze mam jedną lub dwie książki, od których nie mogę się oderwać. Nie poznaję ludzi na ulicy, bo głowę mam zawsze w chmurach.

Jedna myśl w temacie “Pół roku w Niderlandach!

  1. Jestem w Holandii łącznie ponad rok, a dopiero od 2 miesięcy wynajmuję pokój. Pokój w typowym holenderskim domu, w którym mieszka 9! osób, gdzie normalnie mieszka rodzina z dziećmi (przyjmijmy, że to ok. 4 osób). Płacę za to 550€… a i tak znalezienie graniczyło z cudem. Na szczęście udało mi się zameldować i mam „normalną” pracę co daje mi możliwość zapisania się na dom socjalny. Holandia jest wspaniała wizualnie, ludzie są mi bliscy, ale kwestia lokum to porażka 🤷🏻‍♀️

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s