Amsterdam w czasie Lockdownu

Monika, nie ma sensu jechać teraz do Amsterdamu. Jest lockdown, wszystko jest zamknięte. Przeczekajmy, pojedziemy tam razem, jak wszystko wróci do życia, jak otworzą muzea i restauracje i przede wszystkim jak już zniosą godzinę policyjną.

Jest kilka rzeczy, których nie znoszę. Jedną z nich, jest to, gdy ktoś myśli, że wie lepiej, czego chcę. Gdy ktoś próbuje mi wmówić, że siedzenie na tyłku w nieciekawym Tilburgu jest lepsze niż picie wina nad kanałem w Amsterdamie. Nie cierpię, gdy ktoś próbuje mi wmówić, że czekanie na coś ma sens, tylko dlatego że w przyszłości (najczęściej nieokreślenie dalekiej) może to być lepsze niż w danym momencie. Czekając na idealne warunki, możemy przecież stracić tak dużo wspaniałych momentów, albo nigdy nie doczekać się tych idealnych warunków i nigdy nie spełnić celu. Pod pretekstem bycia cierpliwym, możemy przesiedzieć na tyłku połowę życia. Jest na to na pewno jakaś behawioralno-ekonomiczna, albo psychologiczna teoria. W biznesie istnieje pojęcie MVP, czyli Minimum Viable Product, czyli produkt, który jest w minimalnym stopniu gotowy do wprowadzenia na rynek, ale pomaga sprawdzić, czy sama idea tworzenia tego produktu zadziała. Ja sobie to biznesowe pojęcie czasami, by zbadać, czy coś co planuję, ma w ogóle sens, wprowadzam w życie. Tak jak wyjazd do Amsterdamu w czasie lockdownu, który dla wielu spotykanych przeze mnie osób, wydawał się pomysłem pozbawionym sensu.

Kocham muzea i restauracje, ale kocham też poznawanie nowych miejsc i nie widzę sensu w odkładaniu na później wyjazdu do miasta, które jest na wyciągnięcie ręki, tylko dlatego że świat opanowała pandemia. Można przecież zachowując środki ostrożności, przemieszczać się między miastami. Można też mieć na wszystko jakieś „ale”, a to już bardzo nie w moim stylu. W końcu zawsze są dwie strony medalu. Może jest lockdown i nie zobaczę „prawdziwego” Amsterdamu, ale są tego plusy. Byliście kiedyś w stolicy Królestwa Niderlandów? I jak wasze wrażenia? Miasto ciekawe, ale te tłumy… No właśnie. Chciałam, chociaż raz w życiu być w totalnie turystycznym miejscu, ale bez turystów. Bo tłumów nie znoszę prawie tak samo, jak tego, gdy ktoś próbuje mi wmówić, że wie lepiej, czego chcę. Ewentualnie, gdyby Amsterdam bez dostępu do wszystkich atrakcji mnie nie zadowolił, mogłabym przecież pojechać do niego jeszcze raz, gdy świat już się otworzy. Bilet w jedną stronę kosztuje mnie zaledwie 20 euro (przy zarobkach w euro, 20 euro to nie majątek).

W Amsterdamie spędziłam dwa dni. Jakie utrudnienia na mnie czekały? Musiałam zakładać maseczkę w sklepach i komunikacji miejskiej (na ulicach nie trzeba jej nosić, co wydaje się logiczne). O 21 musiałam być już w hotelu, bo w Niderlandach nadal obowiązuje godzina policyjna, ale to nie był problem, po przejściu 20 km w ciągu dnia, warto odpocząć. Zwłaszcza w hotelu z dostępem na dach, na którym można pić herbatę z widokiem na piękne miasto. Nie zjadłam obiadu w żadnej z restauracji, ale to również nie było problemem. Kupowałam jedzenie na wynos i jadłam na zewnątrz – pogoda sprzyjała. W Holandii jest już wiosna (16 stopni, brak wiatru i słońce). Nie weszłam też do żadnego ze słynnych muzeów, ale to mogę zawsze nadrobić (i na pewno to zrobię). Miałam czym zająć swój czas.

To był mój pierwszy raz w Amsterdamie i zadowoliłam się spacerem po mieście. Obserwowaniem architektury, krzywych kamienic, siatki kanałów. Alternatywną opcją zwiedzania, skoro nie mogłam wejść do Rijskmuseum czy Muzeum Van Gogha, było szukanie sztuki na zewnątrz. Jeszcze przed wyjazdem zrobiłam research, chociaż ostatecznie zdałam się na rady kolegi, z którym spotkałam się na miejscu. Zobaczyłam między innymi rzeźbę Picassa (wiecie doskonale, że jestem #teampicasso od zawsze) w parku Vondelpark. Na ulicy Willem de Zwijgerlaan 334 możecie podziwiać mural wykonany w 1986 roku przez Keitha Haringa. Jeśli wielkie nazwiska to dla was niewystarczająca opcja, darmowym promem z okolic dworca centralnego, możecie popłynąć do muzeum STRAAT (muzeum street artu), które podobnie jak inne instytucje będzie zamknięte, ale w okolicach zobaczycie całą masę murali, artystów malujących graffiti na żywo, czy muzyków nagrywających teledysk do najnowszego hitu. To był najlepszy moment mojej krótkiej wycieczki do Amsterdamu. Po pół roku zadawania sobie ciągłych pytań: co ja robię ze swoim życiem i co ja robię w ogóle w Tilburgu?, w końcu poczułam się w jakimś miejscu jak w domu. Poczułam, że znowu do czegoś przynależę. Łatwo jest wybić się z rytmu i na chwilę zapomnieć o tym, co jest dla nas ważne. To znaczy piszę o tym, jako osoba o artystycznej duszy i artystycznym zawodzie. Na bazie własnych doświadczeń. Oczekując na porozumienie z klientami, często mam ochotę po prostu przestać tworzyć cokolwiek i zapomnieć na zawsze, że mam talent. Wybijam się z rytmu i zapominam, co w tworzeniu jest najfajniejsze: emocje, jakie temu towarzyszą, poczucie, że mogę wyrazić siebie w taki właśnie sposób, który sprawia mi i radochę i mega przyjemność. I w takich momentach fajnie jest trafić do miejsca, w którym w oczy rzuca się wielki napis MAKE ART NO EURO.

Dla niektórych Amsterdam bez możliwości zapalenia blanta w jednym z coffee shopów (które już od ponad roku działają jak lokale gastronomiczne w Polsce – marihuanę można kupić tylko na wynos), czy wycieczki do dzielnicy Czerwonych Latarni i oglądania tam prostytutek zapraszających na płatną rozpustę, nie jest prawdziwym Amsterdamem. Ja ani nie palę marihuany, ani nie uważam za interesujące oglądanie kobiet, które handlują swoim ciałem. Jednak zrobiłam zdjęcie jednego ze słynnych The Bulldog (coffee shopu) i poszłam na spacer na Ulicę Czerwonych Latarni – słynne czerwone światła wcale jej nie oświetlały, ponieważ w czasie pandemii prostytutki nie mogą wykonywać swojego zawodu. Czułam jednak klimat miasta, mimo braku tłumów, mimo braku rozpusty, z którą jest ono kojarzone. Przy najbliższej okazji wrócę, jak tylko świat ponownie się otworzy, by podziwiać dzieła sztuki w muzeach, poczuć klimat tego miasta, gdy wzdłuż kanałów przechodzą tłumy ludzi, gdy żyje. Na to jednak muszę poczekać, do momentu aż będzie bezpiecznie. Na tą chwilę jestem prze szczęśliwa, że w końcu mogłam odwiedzić Amsterdam, do którego dojechałam bezpośrednim pociągiem i to w niecałą godzinę.

Opublikował/a

Urodziłam się z poczuciem, że powinnam być gwiazdą rocka. Próbuję żyć w ten sposób, mimo braku muzycznych talentów. Zarabiam na życie rysując, fotografując i pisząc. Odpoczywam w pracy. Podróżuję, by odkrywać świat i siebie. W torebce zawsze mam jedną lub dwie książki, od których nie mogę się oderwać. Nie poznaję ludzi na ulicy, bo głowę mam zawsze w chmurach.

2 myśli w temacie “Amsterdam w czasie Lockdownu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s